Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for 20 lutego, 2025

Po dwunastej zabrałem się za tarkowanie kartofli na babkę ziemniaczaną. I pomyślałem, że sobie ułatwię, usprawnię życie i od razu zetrę ziemniaków na placki, na dzisiejszy obiad. Wpadnie brat, może bratowa, to będę miał czym poczęstować rodzinę.
Błąd!
Barbara zadzwoniła o 13:30.
Akurat byłem w trakcie smażenia pierwszej porcji placków i już widziałem, że coś jest nie tak (za dużo cebuli, ziemniaki nieodpowiednie, kucharz dupa?), bo placki szybciej robiły się czarne, niż przypiekały na rumiano i chrupko.
Bratowa chciała spytać, czy jest może u mnie jej mąż, bo ona już siedzi w samochodzie i czeka, aż sąsiad (kurier) skończy rozwozić paczki po mieście, a Paweł zgubił znów telefon i bla, bla, bla…
– Nie, Pawła u mnie nie ma – odpowiedziałem.
– To powiedz mu jak przyjdzie.
O 14:30, gdy Barbara zadzwoniła ponownie, byłem już po obiedzie. Placki wyszły paskudne z wyglądu i ohydne w smaku (ewentualnie na odwrót), ale nadal smażyłem, bo miałem za dużo ziemniaczanego ciasta, by mi się do brytfanki na babkę zmieściło.
– Paweł już jest ze mną – poinformowała mnie bratowa. – Wracamy do domu.
– Aha – potwierdziłem odbiór wiadomości. – To na razie.
Dosmażyłem placki, które były na patelni i zacząłem się zastanawiać, co robić dalej.
„Odebrać część ciasta do wąskiej blaszki i postawić w piekarniku obok brytfanki? Piec ten naddatek w naczyniu żaroodpornym postawionym na brytfance?”
Odebrałem kilka łyżek do naczynia i doszedłem do wniosku, że to jednak bez sensu.
„Piec całość w szkle? Tylko że naczynie jest szersze od brytfanki, ale płytsze, więc pewnie też się okaże za małe, a brytfanka już wysmarowana i wysypana tartą bułką…”.
Ostatecznie wstawiłem do piekarnika brytfankę, pełniutką po brzegi, z pokrywą zanurzającą się wręcz w cieście. I już przed upływem pierwszej godziny pieczenia zapach pieczonej babki zaczął napływać do pokoju.
„Czyli nadmiar ciasta zdążył wykipieć i się piecze na blasze, na której stoi brytfanka – pomyślałem ponuro. – Chyba nic z tego nie wyjdzie. Ale co się narobiłem, to moje”.
Na szczęście zgrzeszyłem czarnowidztwem.
Fakt, miałem trochę dodatkowego zajęcia przy czyszczeniu blachy, ale babka wyszła całkiem ładnie. Brzegi się mocno opiekły, ale to raczej zaleta niż wada, bo takie przypieczone okrawki to najsmaczniejsza część babki.
Jutro przy wychodzeniu po chleb do Mistrza Jana będę tylko musiał kupić kiszonej kapusty w zieleniaku, a wieczorem (albo w sobotę) dodatkowy pojemniczek śmietany i przez weekend mam obiady z głowy.

Read Full Post »

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij