Poranek jest mglisty, popołudnie słoneczne, z 8°C.
Zakupy w Biedronce robię przed śniadaniem¹. O 17:30 mam blisko dwugodzinne spotkanie wspólnoty mieszkaniowej², z wyborami nowego zarządu i zatwierdzeniem zeszłorocznych wydatków. Po dwudziestej oglądam „Petera von Kant”³ (2022) Françoisa Ozona.
__________
¹ Inaczej się nie dało, bo twaróg do kanapek skończył się już w środę, a nie chciałem znów gotować jajek.
² Siedzę w kącie, nie zabieram głosu. W sumie mogłem nie przychodzić, bo i tak dla podjęcia ostatecznych decyzji ktoś będzie chodził po mieszkaniach i zbierał indywidualnie podpisy pod propozycjami uchwał. Obecnych było dziesięć osób na czterdzieści sześć uprawnionych. Z toczonych rozmów wywnioskowałem, że pogrzeb poprzedniego przewodniczącego wspólnoty był nie tylko dla mnie niespodzianką, o której się dowiedziałem dwa tygodnie po fakcie. Czyżby wchodziło w modę, że się nie informuje sąsiadów o zgonach w rodzinie, tylko chowa zmarłych po cichu, bez rozgłosu?
³ Reinterpretacja „Gorzkich łez Petry von Kant” Rainera Wernera Fassbindera. Nie dość, że kino ambitne (jak na mnie za ambitne), to jeszcze pod koniec filmu dwa razy coś zakłóciło odbiór i miałem obraz bez dźwięku. A tam dla zrozumienia treści najważniejsze były słowa, bo to praktycznie bardziej teatr, niż film. Czyli w sumie obejrzałem, ale nic nie zrozumiałem. Albo prawie nic.



