Jakub Żulczyk musi mieć świetne, muskularne uda. Taka mnie refleksja naszła na spotkaniu autorskim, z którego wróciłem dobrze po dziewiętnastej. Sam autor tak ogólnie może nie jest jakimś amantem, ale widok tych nóg w piaskowych spodniach dostarczał miłych, dodatkowych wrażeń przez bite dwie godziny.
Od strony bardziej merytorycznej wieczór też można uznać za udany. Żulczyk monologował potoczyście, a ciekawie o swoich książkach i ekranizacjach tychże, pracy pisarza i scenarzysty. Prowadząca spotkanie, dyskretnie wycofana, podrzucała mu jedynie od czasu do czasu kolejne tematy do rozwinięcia. Publiczność dopisała bardziej niż zazwyczaj. Była też o wiele młodsza niż normalnie¹, a na koniec popisała się jeszcze całkiem sensownymi pytaniami do autora. Wydawca zadbał o dostarczenie egzemplarzy najnowszej powieści² dla ewentualnych chętnych na autograf, którzy nie przyszli z pozycjami nabytymi wcześniej. Co więcej „Dawno temu w Warszawie” (2023) i „Ślepnąc od świateł” (2014) były w korzystnie obniżonej cenie. Wyjątkowo usiadłem bliżej sceny, tuż za znajomym fotografem z rozstawionym sprzętem nagrywającym, dowiedziałem się więc przy okazji wymiany powitalnych uścisków dłoni, że biblioteka idzie drogą muzeum i zacznie zamieszczać filmy ze spotkań na swoim kanale. Z ciekawostek ubarwiających wydarzenie (nieistotne drobiazgi), Żulczyk dwukrotnie wykazał się lekką niezręcznością. Na początku wieczoru schodząc ze sceny, zwalił mikrofon³, co wywołało lekką konsternację pani dyrektor („Mikrofon pożyczony z muzeum… Ale nie widzę nikogo od sąsiadów, to może nic się nie stało”) i autora. A pod koniec przewrócił szklankę i zalał wodą mineralną stolik, leżące na nim książki (chyba trochę, przynajmniej pierwszą z dołu sterty) i kawałek podłogi. Może dzięki temu fakt pobytu w Kętrzynie bardziej mu utkwi w pamięci.
_________
¹ Zauważyłem też kilku stałych bywalców spotkań w zamku: Tytusa, Chudego Emeryta i Duńczyka, który się pojawiał na koncertach letniej sceny. Atrakcyjnego trzydziestoletniego Brodacza też chyba widziałem wcześniej. Teraz wracając do domu, szedł tuż przede mną w grupie znajomych, z którymi dzielił się na świeżo wrażeniami ze spotkania.
– Ale tym z przywołaniem He-Mana i Szkieletora… Pełen szacun dla Żulczyka! – zachwycał się. – Ciekawe, z którego facet jest rocznika.
– Pewnie jak ty, osiemdziesiąty, osiemdziesiąty drugi może… – rzucił ktoś z boku.
– Ale pojechałeś! Ja jestem z dziewięćdziesiątego!
² Stojąc w kolejce po autograf słyszałem rozmowę pisarza z bibliotekarką.
³ Tak go odłożył na stoliku, czy fotelu, że ten się sturlał na podłogę. A schodził, bo zapomniał, że ma gumę w ustach i stwierdziwszy, że takie żucie mogłoby jednak nie wyglądać dobrze w trakcie spotkania autorskiego, poszedł do łazienki ją wyrzucić.



