Jezu! Jak mi się nie chciało!
I nie to, że jedynie na koncert iść. Nic od samego rana. Jak tylko upewniłem się, że mimo deszczu po szóstej¹ i silnego zachmurzenia, znów będzie upalny dzień.
A były 32°C na dworze i 28°C w pokoju².
Z trudem wygrzebałem się z pościeli i zmobilizowałem do wyjścia po chleb³. Bez zapału ugotowałem obiad⁴, a przed siedemnastą bez najmniejszej chęci ubrałem odpowiednio i wyszedłem do zamku.
Dziedziniec był już pełen. Ba! Nie donosili krzeseł dla pojawiających się nadmiarowych chętnych. Szczęściem wypatrzyłem za plecami realizatora dźwięku zdezelowaną ławkę, niepewną i bez możliwości oparcia, ale przynajmniej nie musiałem sadzać tyłka na kamieniach. A wielu było takich, co obsiadło progi i mniej cenne kamienne zabytki, zalegające pod ścianami zamku.
Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ W programie koncertu miały być piosenki o miłości i dwójka wykonawców, Jan Jakub Należyty i Dorota Wasilewska, których tradycyjnie już w ogóle nie kojarzyłem z artystycznej działalności. Miłosna tematyka też przemawiała do mnie średnio zachęcająco i nawet nazwiska i tytuły z reklamy koncertu nastrajały zniechęcająco. Na szczęście w realizacji wszystko okazało się całkiem udane. Wersje piosenek Charles’a Aznavoura, Gilberta Becaud’a i Jacques’a Brela prezentowane przez Należytego były zgrabnie przełożone i dobrze zaśpiewane, a teksty jego własnych piosenek, czy mówione w ramach konferansjerki zabawne. Szlagierów z musicalów „Człowiek z La Manchy” i „Katedra Notre Dame w Paryżu” też wysłuchałem z przyjemnością, a zapowiadane arie z „Poławiaczy pereł” i „Nabucca” okazały się zgrabnymi parodiami napisanymi przez Nalezytego do jego teatralnych komedii. Dorota Wasilewska (ogólnie zapewniająca akompaniament) w dwóch przerywnikowych blokach zaśpiewała piosenki do tekstów męża-psychologa i to było w klimatach bardziej serio, ale też nie najgorsze. Do domu wróciłem przed dziewiętnastą, tradycyjnie już uznając koncert i swoje wyjście nań za dobry wybór. Cała publiczność (przeważnie damska) ogólnie była zachwycona, czemu dała wyraz w rzęsistych oklaskach na zakończenie koncertu i wypowiedziach, które miałem okazję podsłuchać, wychodząc z tłumem widzów z zamku.
Jeden drobny zgrzyt – jakoś tak w okolicach osiemnastej pojawił się na dziedzińcu jakiś mocno nietrzeźwy typ, który miał chęć wejść w słowny kontakt z wykonawcami. Wypraszany grzecznie dwa razy dopiero za trzecim, bardziej energicznym podejściem został skutecznie spacyfikowany, co zaowocowało jeszcze kilkoma okrzykami zza bram zamku (poleciało coś w stylu „Ty pedale jebany!” pod adresem ostatniego interwenta, zirytowanego sześćdziesięciolatka ze strony publiczności), ale gość już się nie pchał na dziedziniec i sobie gdzieś poszedł. Nie wiem. Wydaje mi się, że sami organizatorzy (koncert był pod patronatem biblioteki, a wśród widzów pojawił się nawet sam burmistrz) od razu powinni byli wezwać policję i poprosić o interwencję.
Przed właściwym koncertem – w ramach supportu? – wystąpił lokalny śpiewak, pan Wacław (?) Włodzimierz, próbujący niegdyś swoich sil w „Szansie na sukces”, czy innym takim programie. Zaśpiewał trzy piosenki, zaczynając od „Daj” Jerzego Połomskiego. Było to całkiem poprawne, ale na poziomie karaoke, więc w sumie jakby tego zabrakło, stratny bym nie był.
______
¹ Obudził mnie w porę grzmot – jeden chyba na całą burzę – i zdążyłem zamknąć balkon.
² Przez noc temperatura spada góra o stopień.
³ Dopiero po trzynastej, perswadując sam sobie „Idź, bo przecież nie wytrzymasz bez chleba przez cały weekend. Nie kupisz teraz takiego, jaki chcesz, a jutro będziesz brał, jaki bądź. Gdzie tu sens?”.
⁴ Z jedzeniem było lepiej, bo lubię fasolkę szparagową, a w tym sezonie jeszcze nie miałem.
DODATEK
Jan Jakub Należyty poprosił w którymś momencie koncertu, by go nie filmować, ani nie robić zdjęć, bo to go dekoncentruje. Czym zastopował nawet Roberta-Fotografa, więc w następnej przerwie między piosenkami zwrócił się specjalnie pod jego adresem i doprecyzował:
– Ale pan, z tym profesjonalnym sprzętem, to może nadal spokojnie pracować. Rozumiem, że to zdjęcia w ramach wykonywania pana obowiązków i na takie się zgadzam.
Trwało chyba kwadrans, zanim Robert rzecz przetrawił, podniósł się z bruku (dosłownie) i ruszył do dalszej pracy fotoreportera.
Widzę teraz (sobotnim późnym wieczorem rzecz piszę, za oknem już mrok i dziecięce piski wypuszczonej z domów na plac zabaw dopiero po dziewiętnastej dzieciarni, a w radiu „Letnia promenada” i transmisja kolejnego z promsowych koncertów) na stronie biblioteki, że wyszedł z tego całkiem pokaźny album. Jezus Maria, jaki ja jestem paskudny! Trzeba być naprawdę podłym próbując mnie zeswatać z przyjaciółką.




Było mniej więcej tak, jak tu i to, co tu:
Jan Jakub Należyty – Recital piosenki aktorskiej
Ciekawe… Jak już wspomniałem, mój ostatni kontakt z tym artystą był daaawno, bo przy okazji tej płyty, z której obrazek pewnie się nie doda:
A dobry chleb to jednak jest coś. Wczoraj pierwyszy raz od miesiąca jadłem normalny, świeży chleb, więc jestem w tej sprawie ekspertem ;-)
He, he, nie dodał się :-)

Grafika w komentarzu musi być z adresu w nowej linijce. Wtedy chyba dodaje się bez żadnych problemów.
Czterdzieści lat temu Jan Jakub Należyty musiał być całkiem atrakcyjnym chłopcem.
A poza tym: bardzo ułatwiasz przyszłe wydaniu blogu w serii Biblioteki Narodowej, bo niektóre przypisy już będą mieli zrobione :-)
Ale trzeba mieć na uwadze, że te przypisy odstręczają zapewne sporą część blogowych czytelników. Gdyby nie one miałbym tu frekwencje i ruch, że ho! ho! :D
Ważne, że coś robisz. Mnie czasami też się tak nie chce, że trudno to opisać. Ale wstaję, pracuję, bo mam do wykarmienia wiele gęb. A potem się rozkręcam i nawet jest okej.
Być może.
Chyba aż sobie obejrzę te zdjęcia. 🙂
Ot normalna fotorelacja z koncertu. Dla osób, które nie były, najciekawsze może być zobaczenie, jak wygląda dziedziniec zamkowy i przekonanie się, czy jestem dobry w ocenie wieku i liczebności publiczności. Bo żeby mnie wypatrzeć, to trzeba dobrze wiedzieć, gdzie siedziałem. Sam bym się chyba nie wypatrzył, gdybym tego nie wiedział :D
Ponoć za plecami realizatora dźwięku, ale masz rację, nie wypatrzyłam Cię. 😅 Przynajmniej zobaczyłam dziedziniec zamkowy.
Bo my tę ławkę zza pleców realizatora wynieśliśmy (drobiazg, o którym nie wspominałem w tekście) i ona stała niejako w szeregu krzeseł.
– Ta ławka za pana plecami wolna? – spytałem realizatora, gdy rozejrzawszy się po dziedzińcu nie wypatrzyłem żadnego wolnego krzesła. – Można tam usiąść?
– Tak – odpowiedział realizator. – Ale może wynieśmy ją z pod tego daszku na dziedziniec. Więcej osób z niej wtedy skorzysta.
I skorzystało. Dwie przez cały koncert (matka z ładnym nastolatkiem) i dwie przejściowo (jedna grubsza pani* po jakimś czasie dostała wolne krzesło, a druga przeniosła się po godzinie na zwolniony kawałek młyńskiego kamienia obok męża).
Znajdź najbrzydszą emerytkę w męskim stroju wśród publiczności – na 99% to będę ja :D
______
* „No to już po ławce!” – pomyślałem, gdy się dosiadła na samym środku, a listwy ławki ugięły prawie do ziemi. „Zaraz trzaśnie i będzie kicha!”.
Ale nie trzasła.
Znalazłam, ale miała kobiecy strój. 😀
Jesteś dla siebie zbyt surowy, zawsze jesteśmy dla siebie największymi krytykami. Aczkolwiek doceniam Twoje poczucie humoru 😀
:D
Iść w taki zaduch i znosić niewygody tylko po to by posłuchać piosenek o miłości? Toż i w necie mogłeś posłuchać :-) ane najwyraźniej pragnienie ukulturalniania się jest w Tobie silniejsze niż zdrowy rozsądek :-)
Jaki zaduch? O siedemnastej było nadal ciepło, ale na powietrzu, na zamkowym dziedzińcu całkiem przyjemnie.
ja już całkiem sporo razy raczyłam się fasolką w tym roku :) lubię taką z wody bez dodatków i udziwnień :)
Nie kupowałem, bo była droga. A u mamy narosło tyle, że ledwo wystarczyło dla niej.
u mnie od dawna jest poniżej 10 zł a zaczynała od 25 zł
Teraz to nawet nie sprawdzałem po ile jest.
Pan jest mi znany.
Tylko w tym momencie nie mogę dopasować do niego konkretnej piosenki 🤨
Od wielu lat śpiewa, więc pewnie ma ich sporo w repertuarze.