Od rana ból głowy, wieczorem wnerw, który się pogłębił przy próbie obejrzenia nowoczesnej inscenizacji „Czarodziejskiego fletu”. Przetrzymałem uwerturę, w trakcie której trwał uroczysty pogrzeb złamanej świetlówki (celebranci w maskach p-gaz i czarnych ochronnych kombinezonach). Ale pierwsza dramatyczna scena (w oryginale książę Tamino zaatakowany w ciemnym lesie przez ogromnego węża wzywa pomocy*) wyśpiewywana w trakcie dworskiego, ceremonialnie barokowego balu, gdzie dla zachowania symetrii (?) książąt jest dwóch, okazała się ponad moje siły. A pomyśleć, że ludzie płacą niemałą kasę za bilet, żeby obejrzeć podobne gówno na żywo w operze. Niepojęte!
___
* moja ulubiona (i pierwsza, jaką oglądałem) inscenizacja – wersja filmowa w reż. Ingmara Bergmana z 1975 roku. Na szczęście po szwedzku brzmi równie dobrze, jak w niemieckim oryginale.



