Rano nie wstaję, by wyprawić Kunegundę w podróż. Na moje propozycje poczęstunku („Zjesz coś? Napijesz się herbaty?”) w środę odpowiadała niezmiennie grzecznym „Nie, dziękuj改, więc sobie odpuściłem dalsze starania w tym zakresie. Dzieckiem nie jest i niech robi, jak uważa. Przed śniadaniem ogarnąłem przedpokój, zgarniając klamoty bratanicy do skrzynek (w małą poszło wszystko, co rozłożyła na stoliku pod telefonem, w dużą ciuchy zalegające pod i na fotelu), które wystawiłem do łazienki. Na obiad gotuję ziemniaki i odgrzewam zostały ze środy kotlet z piersi kurczaka. Przed siedemnastą wychodzę do muzeum na prelekcję o cmentarzach rodowych na terenie Prus Wschodnich. Pada trochę, ale zamek blisko, więc nie biorę parasola. Zabrałem za to (wyjątkowo) komórkę, bo Kunegunda nie wiedziała, kiedy wróci. Posunięcie okazało się słuszne, bo materiału do omówienia profesorostwo od cmentarnego projektu miało sporo. O 18:39 byli nadal przy ciekawym pokazie zdjęć z zachowanych cmentarzy i przechodzili do obiektów z powiatu kętrzyńskiego, gdy zadzwonił mój telefon (nie wyciszyłem; wiem, że obciach, ale moja komórka nie wibruje) i musiałem wyjść z sali. Dzwoniła oczywiście bratanica („Gdzie jesteś? Bo ja już wróciłam i czekam pod zamkniętymi drzwiami”). Reszta wieczoru jest spokojna. O dziewiętnastej bratanica jeszcze wychodzi do miasta na dwie godziny. Później już tylko siedzi w komórce², ale nawet niezbyt długo, bo zmęczona jest i szybko się kładzie spać.
________________________
¹ Jedynie wodę z sokiem (z pigwy) piła. Sporo nawet. Po śniadaniu dopełniłem prawie osuszony dzbanek.
² Ze słuchawkami na uszach, co mnie powstrzymuje od prób podjęcia konwersacji i spytania o wrażenia z wyjazdu do Gdańska (Gdyni?).
– I tak cały czas na Messengerze siedzisz? – pytam tylko w którymś momencie, spodziewając się, że usłyszę coś o Tik-Toku. Tymczasem Kunegunda lekko mnie zaskakuje.
– Nie – mówi – Mam apkę do nauki języka. Angielski już mi się trochę znudził i zaczęłam się uczyć hiszpańskiego.



