Do południa trochę słońca, po południu deszcz. Temperatura umiarkowana, max. 23°C.
Dzwonię na wieś równo z końcem wybijania dziesiątej przez wiszący na ścianie babciny zegar, prezent od kuzynki Kaśki. Mama odbiera po czterech sygnałach. A już nabierałem nadziei, że może jednak nie ma jej w domu.
– Sprawdziłem, że mamy leki leżą u mnie od początku czerwca – mówię, gdy wyczerpaliśmy już tematy bieżące. – Czyli w tym miesiącu nie była mama jeszcze w mieście.
– Wiem – mówi mama. – Ja już nie lubię nigdzie jeździć.
Dzień pięćdziesiąty (środa)
28 czerwca 2023 Autor: Hebius




no mówiła Ci, że miała pretekst teraz nie ma cóż … oby się tylko za bardzo nie zasiedziała bo to może mieć złe skutki
To, że mama nie przyjeżdża do miasta nie oznacza przecież, że siedzi murem w domu. Ma ogródek, który uprawia. Przed deszczami musiała codziennie podlewać grządki, a teraz będzie chodziła zwalczać ślimaki, paskudne pomrowy. I po chleb do sklepu wychodzi prawie codziennie, a to ponad kilometr spaceru w jedną stronę.
a to przepraszam :D
Mogłaś nie wiedzieć :)
Zapytała Ciebie, kiedy wybierasz się na wieś?
Nie.
Może ty odwiedz mamę . Może teraz odmiana. Teraz syn będzie jeździł do mamy?
Byłoby sensowniej, gdyby zostało jak do tej pory.
Dlaczego?
Już choćby z tego powodu, że mama ma zniżkę na autobus, ja nie.
I mogłaby przy okazji zakupy zrobić. Też taniej, niż u siebie na wsi.
Gdybyś pojechał to też mógłbyś taniej zakupy zrobić. Może na już dość jeżdżenia. Jeździła do babki. Teraz może pora odwrócić role. Tak sobie myślę…
Myślę, że jeszcze za wcześnie na takie odwracanie ról.
Przekaz dość jasny, nie lubi, to nie lubi.
Szkoda, że nie chce Hebiusa odwiedzić…
Takie życie.
Nawet własna matka nie chce mnie odwiedzać :D
Przepraszam, nie powinnam była.
Ale czemu? Przecież to nie twoja wina :D
Jeśli Hebius chce się spotkać, to droga taka sama w drugą stronę.
Od strony formalnej masz niewątpliwie rację.
Pamiętam, że już kiedyś na to zwróciłem uwagę, w jak niezwykłej dla mnie formie zwracasz się do rodziców (albo wtedy do babci). Ja mówię w 2 osobie liczby pojedynczej – zawsze. Marcin też, zresztą Marcin mówi do teściów na ‚ty” (są po imieniu).
Wujkom I ciotkom z pokolenia moich rodziców (czyli teraz 70-80) mówię po imieniu, dopiero wujostwo z pokolenia dziadków tytułowalem, ale dalej mówiłem w 2 osobie liczby pojedynczej. Ciekawe czy to dlatego, że wszyscy byli(śmy) z miasta? Nie przyszłoby mi do głowy, żeby powiedzieć „niech ciocia usiądzie”. Zwyczajnie mówiłem „usiądź ciociu” (z tym, że ciociu, wymawiało się sporadycznie). W zasadzie teraz myśląc, nigdy chyba nie wymawiałem tych określeń w wołaczu. Do dziadków mówiłem na „ty”, a słowa „babcia”, „dziadek” wymawiałem tylko w mianowniku (żeby ich zawołać? Przywitać?)…
Nie wiem, może to faktycznie wynika z mojego wsiowego wychowania :) Na ty jestem tylko z młodszą siostrą ojca. Ale ona jest ode mnie starsza ledwo o czternaście lat, więc nigdy nie chciała żebym ciocią ją nazywał :)
Nowy dekoder już mam
Tylko trochę podziałał i coś wysiadło.
Trzeba wołać fachowca
Nieraz się nie chce jeździć
Jest jeszcze telefon
Telefon to nie to samo, co spotkanie.
Ale zawsze jest jakiś kontakt
Tak, lepszy taki, niż żaden.
Nie ma co jej sie dziwić, takie przyjazdy kosztują nie tylko pieniądze, ale czas i zdrowie, a też najmłodsza przecież nie jest. Jednak to Ty powinieneś częściej się tam pojawiać i od czasu do czasu sprawdzać czy wszystko jest ok. Teraz masz dodatkowy pretekst, bo te leki pasowało by zawieść.
Tak, masz niewątpliwie rację. Ogólnie jest dużo rzeczy, które powinienem zrobić.
Nie chce się mamie jeździć i póki co nic na to nie poradzisz. Ty z kolei musisz drożej płacić… Impas.
Ile czasu trwa podróż? Busem czy autobusem? Pytam z ciekawości 😉 Busem nie cierpię, to by dla mnie też miało znaczenie.
Ze dwadzieścia, dwadzieścia pięć minut.
jak ktoś coś lubił i nagle przestał to chyba zdaniem psychologów oznaka stanu depresyjnego. Ktoś powiedział, że dopiero śmierć matki uzmysławia nieuchronność własnej śmierci…
Nie wiem, może.
Jeszcze raz (bo poprzednio spieszyłem się na spacer i wyszło trochę zdawkowo).
Mama lubiła niewątpliwie przyjazdy do miasta dziesięć lat temu, gdy babka była jeszcze na chodzi. I może z pięć lat temu, gdy jeszcze chciała rozmawiać i był z nią jakiś większy kontakt. Ale przez te ostatnie lata, to nie wiem, raczej niekoniecznie była to dla niej frajda obserwować, jak z wizyty na wizytę babka jest coraz słabsza. Nic nie mówiła o swoich odczuciach, ale wiem że noc przed przyjazdem do miasta miała zawsze słabą, budziła się po kilka razy i wstawała zawsze sporo przed czasem. I w noc po powrocie do domu też spała marnie.
A z tą nieuchronnością to nie wiem. U niektórych zapewne, ale ogólnie nie jestem przekonany do podobnych uogólnień.