IMPORT Z ONETU

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ
Uwaga warsztatowa na temat dzisiejszej notatki: Może – w odczuciu nieuodpornionych – być wyjątkowo drastycznie, z racji nasilenia infantylnego nudziarstwa autorstwa młodocianego Hebiusa (co prawda tekst sprzed lat poddałem gruntownej redakcji, ale nie wiele to mu pomogło). Dlatego też, Drogi Mój Czytelniku, jeśli nie musisz daruj sobie czytanie poniższego.
Notatka właściwa
To trochę tak poniekąd w związku z tegorocznym zdawaniem egzaminu dojrzałości przez Madiego powróciłem myślami do swojej matury. Więcej, wygrzebałem nawet zeszyt z zapiskami z tamtego odległego okresu. Ileż to już lat minęło! Człowiek zdążył zapomnieć prawie wszystko, co z takim uporem wbijano mu w tych szkolnych latach do głowy.
Egzamin z języka polskiego miałem w środę. Po południu zapisałem w dzienniku (zeszyt #33): Nie chcę nawet myśleć o dzisiejszym pisaniu. Jestem zdecydowanie niezadowolony ze swojej pracy. Wietrzę dwóję? Nie, aż tak tragicznie to mi nie poszło. Ale zapomnijmy o tym na chwilę. Teraz jest 17.07. Jeszcze przygotuję sobie kilka ściąg z matmy (jak się okazało później praca była całkowicie zbyteczna – przyp. teraźniejszy) a potem lecę do kina. Grają dziś „Pożegnanie z Afryką”. Muszę się odprężyć, zrelaksować po dzisiejszych emocjach.
W piątek (już po czwartkowym egzaminie z matematyki) powróciłem do tematu: W domu, tak na wszelki wypadek przygotowuje rodziców do wiadomości, że oblałem pisemne matury. Przynajmniej większą będą mieli radość, gdy się okaże, że – oby – z polskiego dostałem czwórkę (ależ sam bym się cieszył!), a z matematyki pionę.
– Mocno się bałeś na polskim? – chciała wiedzieć mama.
– Tak sobie.
Hmmm… Gdy się zastanowić, to najbardziej denerwujący (stresujący?) był – nie mam pojęcia dlaczego – moment odniesienia pracy do stolika komisji egzaminacyjne. To wstawanie, zbieranie wszystkich kartek… Potem wędrówka przez całą aulę… Jakoś nieszczególnie się wtedy czułem.
– Najpierw się człowiek boi, zastanawia, jakie pytania będą – stwierdziła mama. – A jak podadzą już tematy, to zupełna panika i pustka w głowie. Nic się nie pamięta. A jak było u ciebie?
– Gdy usłyszałem tematy to od razu zacząłem się zastanawiać, gdzie mam ściągę z Żeromskim.
Powaga. Polonistka powoli czytała z kartki:
– Temat pierwszy: Portrety i karykatury Polaków XVIII wieku w utworach pisanych w Oświeceniu. Temat drugi: Idea Polski niepodległej i sprawiedliwej w „Przedwiośniu” Stefana Żeromskiego. I ostatni temat: „Szukam nauczyciela i mistrza…” (Tadeusz Różewicz). Poszukiwanie norm moralnych i wartości życia w twórczości pisarzy współczesnych.
Od razu, bez żadnego prawie zastanowienia, wybrałem temat z Żeromskim. Oświecenia prawie nie powtarzałem. „W tamtym roku było – skalkulowałem sobie, jak się okazało całkowicie błędnie, w czasie tego ostatniego tygodnia ostrych przygotowań – to drugi raz z rzędu tego samego okresu nie dadzą”. Temat trzeci – od razu widać, że trzeba nieźle pogłówkować, aby napisać ładną pracę. No i wiersz Różewicza był mi całkowicie nieznany. Automatycznie został mi Żeromski z „Przedwiośniem”.
Tu w moim pamiętniku nastąpił obszerny fragment poświęcony ściągom. Rzecz sobie daruję, jako że z powodu korzystania z tych pomocy naukowych, odczuwam pewien dyskomfort psychiczny. Nie mam żadnej satysfakcji z czwórki z polskiego, bo spisałem (chociaż znałem je na pamięć) cytaty potrzebne mi do uatrakcyjnienia pracy. Wracając do tematu:
Moja praca zajęła jakieś cztery strony, cztery strony spisane ogromnymi literami (średnio cztery wyrazy w linijce) dla ułatwienia wyrobienia limitu. Atmosfera w auli panowała przyjemna, wręcz przyjacielsko-bezstresowa. Belfrzy, jeśli już spacerowali po sali, to bardziej by pomagać maturzystom w pisaniu niż przeszkadzać w ściąganiu.
– No jak tam, M.? Masz jakieś wątpliwości? – spytał mnie Gienek (historyk) podchodząc do mojej ławki. Kilka minut wcześniej była polonistka chciała wiedzieć, czy z ortografią nie mam problemów.
– Z ortografią powinienem sobie poradzić – stwierdziłem (dzięki używaniu tylko tych wyrazów, których pisowni byłem na 100% pewnym) – Gorzej z interpunkcją.
I – jak już wspomniałem powyżej – poradziłem sobie w sumie na cztery. :) A matematykę następnego dnia napisałem na piątkę, bez jakiegokolwiek ściągania.



