Wychodząc przed trzynastą po chleb zauważyłem na tablicy ogłoszeń nową wywieszkę i aż mną trząsło, gdy się wczytałem w treść kartki. Administracja przypominała o konieczności utrzymywania czystości w części wspólnej bloku, jaką są schody i korytarze. Wśród innych zakazów zabraniała również trzymania kwiatów doniczkowych na parapetach klatki schodowej. Pod groźbą usunięcia wszystkich wystawionych z dniem 2 listopada. Na koszt właścicieli.
Kupiłem pieczywo u Mistrza Jana, zaszedłem do ogrodniczego sprawdzić ceny i wybór pelargonii, wróciłem do bloku, rzuciłem okiem na ogłoszenie… i kurwica wzięła mnie jeszcze większa.
Zaniosłem chleb do mieszkania, zabrałem znicz i worki na śmieci, żeby mieć w co zebrać zgrabione liście. A później poszukałem jeszcze w kubku z pisakami grubego markera i wyszedłem zrobić porządek na cmentarzu. Schodząc na dół znów przystanąłem przy ogłoszeniu, żeby dopisać pod administracyjnym tekstem co myślę o podobnych zakazach, kończąc swój komentarz radą, żeby sobie kartkę z zakazami wsadzili w dupę. A że w drodze na cmentarz przechodzę obok biur administracji wspólnoty, zaszedłem i do pań urzędniczek, by wyrazić dobitnie swój brak zgody na praktyki, które zamierzają wprowadzać.
– Przez sześćdziesiąt lat jak blok stoi na korytarzu zimą były trzymane kwiaty i nikomu to nie przeszkadzało. A teraz nagle zaczęło? Komu?
– Ale jak się pozwoli – oponowała przypadkowo zdybana na korytarzu urzędniczka – to ludzie zaraz zaczną wystawiać szafki z butami…
– To wtedy z tym walczcie. Na razie nikt chyba tego nie robi?
– Ale droga ewakuacyjna nie może być zastawiona.
– Kwiaty na parapecie zastawiają drogę ewakuacyjną?
– Ale gdyby strażak chciał otworzyć okno, żeby przewietrzyć zadymiony korytarz, mógłby zrzucić donicę sobie na nogę.
To wydało mi się już tak absurdalne (pomyślałem o „Misiu” i scenie z Kociniakiem), że cała para ze mnie zeszła.
– Zaczął się sezon grzewczy, to mamy obowiązek… – tłumaczyła urzędniczka.
Bla, bla, bla…
– To trzeba będzie zebrać podpisy pod uchwałą waszej wspólnoty, że nikomu kwiaty na korytarzu nie przeszkadzają.
Bla, bla, bla…
„Gówno tam trzeba” pomyślałem już na luzie.
Coś tam jeszcze gadaliśmy, ale ostatecznie machnąłem ręką (mentalnie machnąłem, na sprawę) i wyszedłem z biura.
Na targowisku pod cmentarzem ruch był niewiele większy niż w sobotę. Handlarzy nie przybyło, ceny nie spadły, wybór kwiatów nie rzucał na kolana. Za średnią chryzantemę, jaką w ogrodniczym mogłem kupić za 30 złotych tu chciano o 10 więcej. I żeby to chociaż było coś ładniejszego, ale nie – takie same i tam i tu. 10 złotych za 5 minut spacerem? Nawet się nie zastanawiałem – wróciłem do ogrodniczego. Dzień był ciepły (14°C) i słoneczny, a mnie się nigdzie, do niczego nie spieszyło.
Na cmentarnym porządkowaniu zeszło mi do czternastej czterdzieści. Zgrzałem się deko. Wymieniłem grzecznościowe, a zdawkowe uprzejmości z Kapustem, który po sąsiedzku ogarniał grób teściów. Wyniosłem worek liści zrzuconych od soboty przez klon rosnący w nogach grobowca dziadków.
Po powrocie do domu od razu zabrałem się za szykowanie obiadu. A o siedemnastej trzydzieści nastawiłem babkę ziemniaczaną, żeby sobie nie zawracać głowy gotowaniem przez święta.
Dzwoniąc po osiemnastej do mamy, wspomniałem niepotrzebnie o aferze z zakazem trzymania kwiatków na klatce schodowej. Niepotrzebnie, na szczęście dość oględnie (bez informacji o zostawieniu komentarza na ogłoszeniu), bo moja reakcja nie spotkała się ze zrozumieniem u rodzicielki.
– Już dawno mówiłam, że powinieneś wyrzucić donice z geranium – stwierdziła.
Wracając wieczorem (po dwudziestej drugiej) ze śmietnika, ściągnąłem popisaną przeze mnie kartkę z tablicy ogłoszeń.
Żenujące ekscesy.
Powinienem jednak bardziej nad sobą panować.
Posts Tagged ‘zakaz’
Dzień sto siedemdziesiąty czwarty (poniedziałek)
Posted in Bez komentarza, tagged cmentarz, dialog, Kapust, mama, nerwy, ogłoszenie, pogoda, zakaz on 30 października 2023| 42 Komentarze »



