IMPORT Z ONETU

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ
Coś dla odmiany od codziennej porcji smętów. Chociaż znów cudzym słowem.
Tytułem wstępu.
Skomentowała mnie kiedyś kilkakrotnie Mała Mi. Zastanawiałem się – kto zacz. Jednego mogłem tylko być pewny – że to nie młodsza siostra Mimbli we własnej postaci :P
Niedawno wśród innych blogów polecanych przez Gio (ciągle nie mogę zrozumieć dlaczego na szczycie listy jest „niebanalny świat Hebiusa, czyli pokój z widokiem na…”) zauważyłem też skrót do strony Małej Mi – z określeniem „świetne lekarstwo na Duże Smutki”. Zajrzałem powodowany ciekawością. Akurat autorka zamieściła tekst „Po co są blogi”. Zmroził mnie lekko feministyczny kawałek o facetach (OK, staram się nie plotkować, ale czy o jakimkolwiek geju można powiedzieć, że jest prawdziwym mężczyzną? Co to w ogóle za kategoria – „prawdziwi mężczyźni”? Dla mnie nieodparcie kojarzy się od razu z umięśnionym, zarośniętym gościem w skórach, który przyniósł właśnie jakąś ubitą zwierzynę swojej kobiecie do jaskini :P) ale dziś poczytałem sobie tekst na spokojnie. I zajrzałem do artykułu Michała Parzuchowskiego „Gdy trwoga pisz bloga” opublikowanego w „Charakterach”, którym posiłkuje się Mała Mi.
Bloguję od kilku miesięcy. Jak to miło dowiedzieć się wreszcie, dlaczego to robię. I że nie jest to wbrew pozorom takie godne potępienia.
Blog to ogromne targowiskio online, na którym każdy co chwilę pokrzykuje: „Czy słyszysz, jak bardzo cierpię?! Czy mnie zauważasz?!”, a stawką jest liczba odwiedzin oraz liczba stałych czytelników bloga. Użytkownik takich serwisów, jak nlog.pl czy blog.pl, ma do dyspozycji pełną statystykę odwiedzin swojej domeny, dzięki której może na bieżąco śledzić liczbę gości odwiedzających jego stronę. Może również zamieścić spis adresów, tzw. linków do stron swoich znajomych, co zapewnia powstawanie specyficznych sieci społecznych podbijających popularność strony. Inni użytkownicy serwisu mogą pozostawiać swój ślad w księdze gości lub komentować poszczególne notki autora pamiętnika, co skrzętnie wykorzystują bardziej zdesperowani czytelnicy, odwiedzając wszystkie możliwe blogi i pozostawiając wpis: „Cześć jestem x, masz fajny blog. Zapraszam do mnie na x.blog.pl”.
Hmmm… Pokrzykiwanie – niech będzie. Na liczbie czytelników też mi jednak – co by oficjalnie nie głosić – trochę zależy. Szczęściem do tego stopnia desperacji jeszcze nie dojrzałem, żeby reklamować się po cudzych blogach. Bo zależy mi przede wszystkim na komentarzach kilku osób mniej lub bardziej znajomych.
Kiedy jest ciemno, nie widzimy wyrazu twarzy osób, z którymi przebywamy, do których adresujemy swoje wypowiedzi. Nie musimy zatem starać się maskować, ukrywać naszych emocji. Wielokrotnie takie warunki zmniejszają skłonność do samokrytycyzmu, nieśmiałości czy zakłopotania. Przestajemy mieć się na baczności i otwarcie mówimy o naszych sekretach. Komunikując się za pomocą komputera, nie posiadamy społecznego kontekstu wymiany informacji, który towarzyszy każdej wypowiedzi w rzeczywistym świecie. Czujemy się pewniej, nie przejmujemy się ewentualną krytyką naszych wypowiedzi. Pisząc anonimowego bloga, pozostajemy w zupełnej ciemności. Pisanie o sprawach bardzo intymnych, bolesnych, lub wręcz wstydliwych nie jest rzadkością na polskich blogach.
W moim przypadku odnosi się to w pełni do komunikacji via GG. Mój kontakt z Palnikiem (przede wszystkim) to takie właśnie „rozmawianie w ciemności”. Dlatego trochę się obawiam kolejnego spotkania w realnym świecie. Może lepiej nie wybierać się na żadne weekendy do Warszawy? Przecież nie zdołam przenieść tej absolutnej otwartość do rozmów oko w oko.
Badania naukowe potwierdzają, że pisanie o emocjach zmniejsza między innymi częstość wizyt u lekarzy, ciśnienie krwi i rozmiar odczuwanego stresu po przeżyciach traumatycznych. Naukowcy dowodzą również, że 20 minut dziennie poświęconych pisaniu na temat problemów dnia codziennego może znacząco wpłynąć na polepszenie zdrowia fizycznego i psychicznego.
Czyli dochodzimy do plusów blogowej pisaniny. Wszelkie te nudne dołujące marudzenia mają niezaprzeczalną wartość – przynajmniej zdrowszy będę. Że czytać się tego nie daje, to drobny problem, bo według naukowców…
…. w tej metodzie autoterapii najwięcej zyskują osoby, które tworzą dobre opowiadania, używają jasnej narracji, precyzują swoje doświadczenia emocjonalne i swój stosunek do nich. A zachowując anonimowość, możemy sobie pozwolić na przekazywanie głęboko skrywanych uczuć i pragnień, co – jak dowodzi badacz – zmienia wiele czynników psychofizycznych. Bloggerzy mogą więc być jedną z najzdrowszych grup w Internecie.
Niestety nie jestem w pełni anonimowym blogerem, więc nie mogę sobie pozwolić na pełną jawność… Aaaa, no tak – to też załatwiam w czasie rozmowy via GG z Palnikiem. W nocy nawet zaczął sobie żartować, że robi u mnie za księdza. Złośliwość usprawiedliwiona jedynie faktem, że był pod wpływem alkoholu. Przecież nie oczekuję od faceta żadnego rozgrzeszenia. Wystarczy, żeby był i pogadał ze mną od czasu do czasu (czyli przynajmniej raz dziennie :P).
Publikacji treści prywatnych w Internecie nie można traktować jedynie jako ekshibicjonizmu jednostek ku uciesze publiczności. Pisanie o przeżywanych emocjach i prowadzenie sieciowego pamiętnika zaspokaja potrzebę autoprezentacji i jest dobrym sposobem na pozbycie się dręczących nas frustracji.
Z frustracjami niestety nie tak łatwo. A moja autoprezentacja nie może niestety doprowadzić do niczego dobrego. Nie ma co liczyć, że pojawi się książę na białym koniu. Nie ta bajka.
A na zakończenie, dla okrasy coś bardziej osobistego (bez najmniejszego związku z głównym tematem) – w punktach:
1. Seks to jednak (przez pewien czas żywiłem ułudne przekonanie, że jest inaczej) ważna sprawa. Chciałbym znów wylądować z jakimś facetem w łóżku.
2. Nie interesują mnie żadne przelotne, jednorazowe przygody.
3. Nie jestem facetem, z którym można by budować coś trwałego. Tak – podstawowa przeszkoda to moja niezaradność, brak samodzielności, czyli mówiąc zwyczajnie – brak pracy (albo kasy zapewniającej niezależność). Dlatego nie chcę zawracać nikomu głowy i ładować się w nowe znajomości.



