O szesnastej dwadzieścia wyrwał mnie z bezmyślnego zadumania nieoczekiwany dzwonek u drzwi.
W progu zastałem Julię z plastikowym pojemnikiem, który z zaskoczenia wepchnęła mi w ręce.
– To ciasto – wyjaśniła. – Z podziękowaniem za pigwę.
– Ależ nie trzeba! – zaoponowałem.
– Byłam dziewięć dni w Ełku… – Julia zaczęła się tłumaczyć.
Bo ciasto dopiero teraz, choć pigwę przywiozłem dwa tygodnie temu.
– Wiem. Rozmawiałem z Mają. I naprawdę nie trzeba było…
– Trzeba, trzeba.
Nie trzeba, ale co będę język strzępił po próżnicy? Wziąłem.
W pojemniku był przynajmniej kilogramowy kawałek szarlotki, z kruszonką na wierzchu, posypany cukrem pudrem.
Lubię szarlotki.



