28°C – w mieszkaniu i na dworze.
Po południu mam przez pół godziny Barbarę. Nawadnia się, pożywia, narzeka na beznadziejnego, podłego męża, z którego nie ma żadnego pożytku, ni wyręki.
„Jezus Maria! – myślę. – Kopnij ty go wreszcie w dupę i się rozwiedź!”
Ale milczę, bo to tylko bratowa i znamy się jedynie dwadzieścia lat, więc jeszcze nie jestem gotowy na podobne rady i poufałość (od udzielania podobnych rad bratu oduczyło mnie odkrycie, że wszystko powtarza żonie).
– A weźmiesz dla Pawła książki? Bo dzwonił, że chce pożyczyć „Dagome iudex” Nienackiego i żebyś zabrała – pytam dla spokojności sumienia, święcie przekonany, że po tym potoku żalów usłyszę jakieś „Temu kutasowi? W życiu!”.
– Wezmę – odpowiada Barbara.
[tutaj powinna być puenta, czy jakieś podsumowanie, ale jest za ciepło i przychodzi mi do głowy jedynie słabe i nieprawdziwe „Dobrze, że jestem gejem, bo w ogóle nie rozumiem kobiet”]




Narzekanie to jedno, a robienie na złość drugie, więc się nie dziw 😁
Może i tak.
To by nie była żadna rada, tylko puenta. Kobiety polskie tak mają narrację ustawioną: pół godziny pierdolenia o tym jak to źle trafiły traktują jako small talk. Tak, jak sobie pomyślałeś, odpowiadam nawet obcym :D
Całkiem obcym to chyba łatwiej tak odpowiedzieć.
Pewnie tak :). Czasem mam wrażenie, że jestem mało kobieca ;P
Ciężko to ocenić na odległość, ale nie wydaje mi się.
Właśnie na odległość lepiej widać, że nie lubię „bo ja to taka jestem, żem siem polityką nie interesuję”, ani „o jeżu, mysz!”, ani nie kwękam na faceta, którego sama sobie wybrałam, żeby podtrzymać rozmowę. No i książek Autorów Do Zapomnienia też nie czytam. Tragedyja :D
Ale lubisz nowe szmatki i zakupy, i jak ci Woland co chwila jakieś prezenty robi. Dla mnie to kwintesencja kobiecości :D
W sumie z tymi zakupami to Woland też jest taki trochę kobiecy, ale nie musisz mu tego powtarzać :D
Inaczej: mam je i lubię o nich pisać, bo są od Freda. Sama nigdy nie kupiłabym sobie jednego roku 10 par butów, bo nigdy nie miałam takiego nawyku.
Już mu powtórzyłam, 10 minut po tym, jak przeczytałam :D
Skoro czułaś potrzebę nie ma sprawy. Już od dawna stosuję zasadę, że jeśli nie chcę*, by ktoś się dowiedział o tym, co myślę czy czuję, to nie mówię o tym, ani nigdzie nie piszę.
______
* chodzi o takie prawdziwe „nie chcę”, a nie zwykły brak chęci. Język polski w zakresie szarej (letniej, neutralnej?) strefy emocji jest niestety dość ubogi.
Nie powiedziałabym, że czułam potrzebę, powiedziałam mu, zanim cokolwiek poczułam :D A poważnie, nie zastanawiam się na tym. Zazwyczaj mówię mu to, co sobie akurat pomyślę.
Człowiek zazwyczaj cały czas coś sobie myśli, czy ty tak non stop brzęczysz Wolandowi nad uchem? Na dłużą metę to chyba może być dla niego lekko męczące :D
Cały czas nie, ale często do niego mówię, i on do mnie też nawija, co tam mu się w głowie kotłuje. Zapewne nasz styl życia i komunikacji byłby dla niektórych męczący. Dlatego z nimi nie mieszkamy :)
Rozumiem.
jak to baba chciała się tylko wygadać ;)
Niewykluczone.
A Ty myślisz że jakby go kopnęła w dupę to by sobie lepszego znalazła? Albo taki, albo siedzieć samemu :-)
Może samej byłoby jej lepiej?
Pamiętaj
Nigdy nie mów nic przeciwko bratu swemu w obecności żony jego.
Zawsze wysłuchaj co bratowa mówi, ale staraj się jej nie przytakiwać.
Bo od narzekania na męża jest tylko żona nikt inny 😉
Rozmawiając z bratową przeważnie niewiele mówię. I raczej trzymam się bezpiecznych tematów, bo ona jest taka sama, jak brat – wszystko mu powtórzy, a zwłaszcza wszystko, co padło złego pod jego adresem :D
To jest akurat bardzo dobry objaw (to, że jest między nimi przepływ informacji), w końcu są w związku.
Nie wiem, nie znam się. Mnie to w każdym razie powstrzymuje od pełnej otwartości.
Przecież jeśli jesteś z kimś w parze, to jest dla Ciebie najbliższa osoba (bliższa niż rodzeństwo i rodzice, bo oni mają swoje najbliższe osoby).
W idealnym związku to niewątpliwie tak działa, ale temu małżeństwo jeszcze daleko do ideału. Inaczej brat nigdy by nie miał do Barbary pretensji, gdy mu wejdzie na Facebooka i pousuwa koleżanki ze znajomych, tylko przyklasnął by jej inicjatywie.
– Masz rację, kochanie – by powiedział. – Te rude zdziry to nie towarzystwo dla mnie. Znałem je w czasach szkolnych, ale teraz już nie muszę, bo mam ciebie, moje jedyne, najbliższe słoneczko! :D
Nie piszę o idealnym związku, tylko o normalnym, takim, który ma jakieś szanse przetrwania. Jeśli partner gada o czymś z matką i nie mówi o tym swojemu partnerowi, tzn. że zaczyna się równia pochyła (od momentu podjęcia decyzji o byciu w związku, partner jest najbliższą rodziną i bliższej nie ma).
Interesujące.
I że piszesz o matce, gdy ja myślałem o zwykłych znajomych, czy przyjaciołach sprzed uzwiązkowienia.
Ale nie będę dalej ciągnął tematu, bo mogę tylko się nie zgadzać i teoretyzować. I ty w sumie też, bo nie ma jednej recepty na udany związek.
Przecież to tylko przykład. To dotyczy generalnie przepływu informacji. Gdy nie ma go między rodzicami i dziećmi (gdy jest na to czas), potem nie ma więzi między pokoleniami. Z kolei jak nie ma przepływu informacji w małżeństwie, owszem, można je podtrzymywać, pytanie tylko po co żyć z kimś obcym?
Tylko dlaczego miałabyś mówić mężowi coś, co przyjaciółka powiedziała ci w sekrecie, bo nie chce, żeby ktokolwiek o tym wiedział? Przyjaciele męża muszą być od razu twoimi przyjaciółmi, a jeśli tego nie chcą, to mąż powinien zrezygnować z takich przyjaciół?
Przyjaciele męża nie muszą być moimi przyjaciółmi, a moi przyjaciele nie muszą być jego przyjaciółmi. Tylko jaki mamy obraz przyjaźni? Polega ona głównie na tym, że sobie opowiadamy, gdzie mamy czyraki? :D Bo ja myślę o przyjaźni jako o czymś bardzo pozytywnym, a nie jako o wentylu dla beznadziejnego życia.
Tutaj też bym mógł jedynie teoretyzować, bo raczej nie mam przyjaciół, więc sobie odpuszczę kontynuowanie dyskusji.