IMPORT Z ONETU

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ
Warszawski weekend – sobota 26 czerwca
W części artystycznej wieczoru był występ Drag Queen o pseudonimie artystycznym… Tu mam problem, bo w zgiełku lokalu, mimo kilkukrotnych prób zdobycia tej informacji, nie zdołałem się dowiedzieć czy to jakaś Czika, Czita (niczym szympansica w „Tarzanie” z Johnnym Weissmullerm?) czy Kika. Jeden czort w sumie. Tzn. bynajmniej nie jestem jakimś przeciwnikiem występów tego typu i osób zabawiających w ten sposób publiczność. Kiedyś przyznaję, gdy byłem młody i całkowicie niewinny :P, czułem pewną niechęć do sfeminizowanych facetów i chłopów w babskich ciuszkach. Niechęć to może zbyt mocno powiedziane. Zwyczajnie nie miałem najmniejszej ochoty poznać kiedykolwiek takiego człowieka. Ale później obejrzałem sobie w TV jeden film, drugi… No trzeba uczciwie przyznać, że widać moja niechęć nie była zbyt ugruntowana (zakorzeniona?) skoro starczyło mi zobaczyć Harveya Fiersteina w „Torch Song Trylogy” (niegdyś na TVP jako „Trylogia miłości”), żeby tak szybko zmienić zadnie. :P Inna rzecz, że akurat ten tytuł (a także późniejsza o parę lat „Priscilla, królowa pustyni” z Hugo Weavingiem i atrakcyjnym Guy’em Pearce’m) to naprawdę niezły film i… Ale nie planowałem bawić się w krytyka. Zresztą nie ma co porównywać występów Drag Queen z Rasko z show, jakie dawał Fierstein. Nie ta klasa gwiazdy i nie ta klasa lokalu. Chociaż w sumie obejrzałem z zainteresowaniem – po raz pierwszy na żywo.
A jak już jestem przy poznawaniu ludzi… W niedzielę, w czasie drugiej bytności w Rasko, urealniłem sobie pana Medre, którego poglądy głoszone na Forum i HP doprowadzały mnie czasem to takiej irytacji, że przed wyjazdem stwierdziłem w jakiejś rozmowie (gdy Palnik zastanawiał się intensywnie, kogo ściągnąć do Rasko z okazji mojego objawienia): „Nie wiem, kogo właściwie z pojawiających się na portalu osób chciałbym jeszcze poznać. Ale jednego jestem pewien – na pewno nie zależy mi w najmniejszym stopniu na spotkaniu z Medre. Wręcz wolałbym nigdy nie nawiązywać znajomości z tym człowiekiem”. Ha! Ha! Ha! A tu taki figiel – zjawiam się w niedzielę ok. 22.30 z Jerzykiem w klubie. Przy stoliku w kącie sali od razu wypatrzyłem Sojuza :P, jakichś dwóch młodzików i lekko wstawionego osobnika :P Przysiedliśmy się. Piwo, chwila rozmowy… okazuje się, że ten facet z kanapy, sympatyczny już na pierwszy rzut oka mimo nie pierwszej świeżości i niekonwencjonalnego (jak to na pijanego przystało) zachowania, to właśnie nie kto inny tylko Medre. Medre-neokonserwatysta, doprowadzający mnie często do szewskiej pasji potomek węgierskiej arystokracji. Zabawna niespodzianka. Pomińmy milczeniem niewinne w sumie ekscesy pana M., bo w końcu każdemu może się zdarzyć przesadzić z alkoholem. Mogę stwierdzić w każdym razie, że zmieniłem całkowicie mój stosunek do faceta. Nadal nie zgadzam się z jego poglądami, ale nie potrafię już tak na serio się nimi zirytować. Hmm… Zakładam tylko (mam nadzieję, że nie błędnie), że pod wpływem promili pokazał prawdziwą naturę, że na trzeźwą nie wydałby się równie antypatyczny jak w swoich tekstach.
+
Zastanawiałem się dziś trochę nad sobą jako Drag Queen – Hebius wcielony w wielkie, blade, tłuste babsko… jako jakaś Rebeka de La Tour. Jeden problem z obuwiem. Trudno znaleźć coś rozmiaru 46 na wysokim obcasie. Czyli trzeba by zamówić u szewca – spory wydatek. Na kosmetyki też by kasy sporo poszło, bo makijaż musiałbym nakładać szpachelką – tapeta na centymetr. Czyli wychodzi, że zamiast zarobić jeszcze bym dokładał to swoich występów. Droga kariery jest zdecydowanie dla mnie zamknięta :P



