IMPORT Z ONETU

Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ Ƹ̵̡Ӝ̵̨̄Ʒ
Wróciłem do domu o pierwszej w nocy. Przed blokiem spotkałem sąsiadów – parę emerytów – oboje gdzieś tak w wieku lat 75. Pan K-icz wyraźnie pod dobrą datą.
– Tak po nocy? Ładnie, ładnie. Chyba nie ze spaceru?
– Wracamy z wesela – wyjaśniła pani K.
Przytrzymałem drzwi do klatki schodowej.
– A pan, panie Hebiusie*, skąd pan wraca?
– Teraz – z dyskoteki. A wcześniej też był ślub.
Bo po tym uroczystym ślubnym obiedzie wybrałem się z młodszą częścią towarzystwa (państwo młodzi i rodzice pojechali do domu około 18, babka zmyła się jeszcze wcześniej – odstawiłem ją do mieszkania już o 16) na dyskotekę. Nie wiem, czy był to najmądrzejszy pomysł. Nie to, żebym się źle bawił, choć ostatni raz na dyskotece byłem… o ho ho! Jak dawno! Po maturze to było, w czerwcu zdaje się (data do sprawdzenia – mam zapisane), w czasie wspominanej już gdzieś na tym blogu rowerowej wycieczki do Kruklanek. Ale odbiegam od tematu. Dyskoteka. Początek o 20. Byliśmy pierwszymi gośćmi. Ba – przez najbliższe dwie godziny jedynymi osobami tańczącymi na parkiecie. Trochę niezręczna sytuacja. I jeszcze ten ubiór! Garnitury to trochę niecodzienny strój u panów na dzisiejszych dyskotekach :) Tak momentami – przyglądając się w lustrze swojej gibającej sylwetce – przychodził mi do głowy (bo zdecydowanie za trzeźwy byłem) jeden z odcinków z przygodami Jasia Fasoli (Rowan Atkinson). Brrr…
W sumie poszedłem tylko ze względu na Marka, drużbę braciszka. Tak jakoś… miałem chęć spędzić wieczór w towarzystwie chłopaka (chociaż jeśli tańczyłem to jak raz tylko z jego dziewczyną, bo on wolał posiedzieć przy stoliku).
W sali łomot ogłuszający, rozmowa była utrudniona do maksimum. Tylko czasem…
– Nie martw się. Zaraz znajdziemy ci jakąś panienkę i będziesz miał towarzystwo. O popatrz, na tamte dwie – Marek kiwnął głową w kierunku sąsiedniego stolika.
Spojrzałem. Na oko – piętnastolatki. Chociaż teoretycznie – skoro popijały piwo – powinny mieć tych latek więcej.
– O nie. Prokurator mi nie potrzebny – roześmiałem się. – Dzięki, wolę nie.
A po chwili dodałem.
– Zresztą kto twierdzi, że ja lubię akurat kobiety. Może wolę chłopców. O, popatrz na tamten stolik pod ścianą. – spokojnie mogłem sobie pozwolić na pewną otwartość (zawsze mnie bawi, gdy moje prawdziwe stwierdzenia ludzie biorą za żarty) bo Marek nieźle się zaprawił – Może wolałbym akurat jednego z siedzących przy nim chłopaczków.
– OK. Ja nic nie mówię. Tylko żebyś do mnie się nie dobierał. Bo będę twardy.
– I bardzo dobrze, o to chodzi żebyś był twardy – roześmiałem się, lekko rozbawiony.
O pierwszej dostawiłem Marka pod drzwi bloku, w którym mieszka i wróciłem do domu.
Babka nie spała. Obudziła ją i wyciągnęła z łóżka moja rozmowa z sąsiadami przed blokiem. Tak myślałem, że będzie się niepokoić, bo teoretycznie całą impreza weselna miał trwać maksimum do 20.
– Już się martwiłam. Czekałam i czekałam. Zastanawiałam się, co będzie jeśli do czwartej nie wrócisz, jak powiem to mamie.
Pogadaliśmy chwilę. Wykapałem się. Położyłem spać. Wstałem dziś o 12.20
_______
* Oczywiście pan K-icz użył mojego imienia :)



