Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Październik 2016

Dzień # 960.

Przed piętnastą biegam na cmentarz. Mży z lekka, więc ogarniam tylko z grubsza świeżo spadłe liście, zapalam dziadkowi znicz i zostawiam kupioną chryzantemę.
Na obiad odgrzewam pierogi z kapustą i nastawiam wodę na ryż do sałatki z tuńczykiem. Zanim gar zdąża dobrze się rozgrzać do drzwi ktoś stuka.
– Cukierek albo psikus – woła para nastolatek z szatańskimi (?) malunkami na twarzach. Co mi uświadamia, że zapomniałem całkowicie o halloweenowych żebrakach i nie mam dla nich żadnych słodyczy.
Dziewczyny zbywam paczką pierniczków trzymanych dla babki, a potem gonię szybko do Nemezji po najtańsze cukierki. Wracam z dwoma kilogramami owocowych (chyba mnie zaćmiło przy zakupach!), mijając po drodze kolejną parę wymalowanych kolędników, stukających do drzwi sąsiadów na parterze.
Były to już jednak ostatnie dzieciaki łase słodyczy, którzy stanęły w moim progu. Ku memu lekkiemu zdziwieniu całe halloweenowe zamieszanie skończyło się już przed siedemnastą. W rezultacie została mi na tacy kupa cukierków, z którymi będę się pewnie zmagał do końca roku.

Read Full Post »

Czwartek

Po kilku dniach deszczu pokazało się słońce. Na obiad kupuję pyzy z mięsem. Po szesnastej wychodzę ogarnąć trochę przy grobie dziadka. Na cmentarzu spory ruch. Nie tylko ja korzystam z rozpogodzenia.

Piątek

I znów pada. Mama gotuje gar fasolowej na żeberkach. W południe biegam zapłacić rachunki za mieszkanie i do najtańszej apteki po leki dla Barbary (tradycyjnie wykorzystuje pobyt teściowej w mieście i dzwoni z prośbą). Po wieczornej drzemce (18-21) wstaję z bólem głowy, co mi jednak nie przeszkadza w obejrzeniu kolejnego odcinka „Zagadek kryminalnych panny Fisher”.

Sobota

Po śniadaniu babki wracam do łóżka i gdyby ta nie obudziła mnie po południu, leżałbym zagrzebany w pościeli na pewno dłużej, niż do 14:20. Na obiadu mam pół garnka piątkowej fasolówki. Po „Teleexpressie” trochę słucham radia, trochę netuję. Spać kładę się wcześnie, już o dwudziestej pierwszej.

Niedziela

W nocy pada, dzień jest momentami słoneczny. Na obiad mam zamiar ugotować makaron do jajek, ale w porę (już po nalaniu wody do garnka, ale przed tym nim zdążyła zawrzeć) przypominam sobie o dużym słoiku wieprzowej galarety stojącym w lodówce. Wieczorem robię spore zakupy w Biedronce. Po kąpieli zalegam przed telewizorem. Powoli się przyzwyczajam do „Prawa i porządku: UK”. I już wiem dlaczego apetyczny Jamie Bamber wydawał mi się tak niepokojąco znajomy. Sprawdziłem, że grał kapitana „Apollo” w „Battlestar Galactica”.

Read Full Post »

Kupiłem do lampki normalną żarówkę, a teraz się czuję, jakbym czytał przy małym, zawieszonym nad głową grzejniczku. Jutro będę musiał ponownie odwiedzić sklep z artykułami elektrycznymi i odżałować dwie dychy na świetlówkę energooszczędną. Tymczasem w lekturze kolejny tom masturbacyjnej przygodówki fantasy dla młodszych gimbusów płci męskiej. Autor do grona bohaterów wprowadził nową postać, wojownika słynącego „z braku cielesnej skłonności do kobiet”, zasilając tym samym gromadkę kuriozalnych homoseksualistów z łamów polskiej fantastyki o kolejnego papierowego przedstawiciela. Ciekawe, czym mnie jeszcze rozbawi przed końcem opowieści.

Read Full Post »

Kolejny ciepły, deszczowy i leniwie senny dzień. Babka do śniadania siada dopiero przed dwunastą. Na obiad wyciągam z zamrażarki pulpety, mam też kopiasty talerz wczorajszych placków. Na późny wieczór (wczesną noc) zaplanowałem spotkanie z Phryne Fisher. Przed sięgnięciem po nowe odcinki serialu robię sobie powtórkę pierwszego sezonu.

Read Full Post »

Barbara załatwia jakieś sprawy w mieście tak długo, że musi wracać do domu ostatnim autobusem. Nie planowałem na dziś żadnego obiadu, ale skoro trzeba ugościć czymś bratową, smażę placki z jabłkami. Wyszły dość średnio (jabłka jesienne, za twarde i za słodkie), ale się nie przejmuję. A po wizycie mam nieprzyjemny telefon od wkurzonego brata, który dzwoni z pretensjami, że coś tam powiedziałem Barbarze na jego temat. Nawet nie próbuję wyjaśniać sprawy, tylko bez słowa odkładam słuchawkę.

Read Full Post »

Pierwszy od kilku dni dzień bez deszczu. Po południu nawet na moment pokazuje się słońce. Korzystam z okazji i wychodzę zrobić drobne porządki u dziadka. Po drodze spotykam Poncjuszową i tęgawą koleżankę Ireny MB wracające ze spaceru po cmentarzu. Nikt się nie spieszy, więc po wymianie powitalnych grzeczności dobry kwadrans tarasujemy chodnik plotkując zawzięcie na tradycyjne tematy (zdrowie, zgony, teraźniejszość mieszkania po Irenie).

Read Full Post »

Instytut Lotnictwa, WarszawaDeszczowo, ponuro, sennie – najchętniej bym w ogóle nie wstawał z łóżka.
W południe wpadł na chwilę brat. Przywiózł pół plecaka jabłek, wypił piwo, zabrał butelkę spirytusu (babce już niepotrzebna do nalewek) i dokładnie zadeptał przedpokój i kuchnię („Nie marudź! Przecież buty mam czyste. Tyle w nich chodziłem, co do samochodu”).
Na obiad gotuję gar zupy jarzynowej, porcję na dwa dni.
Po osiemnastej kładę się na chwilę, podrzemać, posłuchać radia i budzi mnie dopiero dobrze po dwudziestej drugiej kaszlanie babki.

Read Full Post »

Older Posts »