Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Lipiec 2015

NorwegiaRano chciałem pospać dłużej, ale przyszła pani Ania do babki, więc zamiast spokojnie leżeć muszę na gwałt się ubierać i ścielić łózko. Babka cieszy się z wizyty i nawet mobilizuje do rozmowy, momentami. Na całe półtora godziny zabrakło jej zapału. Po dwunastej robię szybkie zakupy i jem śniadanie. Później leniuchuje, trochę przy kompie, więcej przed telewizorem, robiąc sobie powtórkę któregoś tam odcinka „Morderstw w Midsomer” i oglądając „Powstanie Warszawskie” Jana Komasy.

Read Full Post »

Sifnos. Panagia Poulati. Sennie. Chłodno. Deszczowo.
Korzystając z wizyty mamy (6:40-15) śpię dłużej. A po południu odwiedzam zakład fryzjerski.
Wieczór spędzam przy komputerze, w szlafroku i długich spodniach na tyłku, z braku smaczniejszych owoców objadając się ogórkami z miodem.

Read Full Post »

Przed obiadem (kalafior) dłuższa rundka po mieście za „Depozytem” Chmielewskiej. Kryminału nie znalazłem, ale w saloniku RUCH-u na Szkolnej trafiłem nowy album WKKM. A myślałem, że u mnie nigdzie już tego nie sprzedają.

Read Full Post »

Myślałem, że babka będzie odsypiać niespokojną noc (zasnęła dopiero po pierwszej), ale nie. Rano jest werbalnie aktywna już od piątej. Po dziewiątej przysypia na trochę i lekko, albo zwyczajnie tylko cichnie, zmęczona brakiem reakcji z mojej strony. W każdym razie gdy słyszy, że o dziesiątej wstaję zadzwonić do mamy, od razu otwiera oczy. W związku z czym podtykam jej słuchawkę do ucha, a później podaję też śniadanie.
Dzień jest luźniejszy. Po południu zostawiam babkę w fotelu i idę opłacić rachunki za mieszkanie. Wyleciało mi z głowy, że w kioskach powinien być już nowy tom Chmielewskiej – bym też zaszedł do saloniku RUCH-u.
Na obiad mam kilka wczorajszych pierogów z kaszą i pieczarkami. Babka najpierw mówi, żeby jej podgrzać. Później, gdy dostała pod nos miskę z jedzeniem, stwierdza, że jednak nie będzie jadła, bo nie jest głodna. Skusił ją dopiero chleb w jajku. I małosolne ogórki.

Read Full Post »

Wprowadzili się już wtedy do nas. Ludzie. Już mieszkali. W ten wtorek. Przyszli. Zeszli. Tak jak my. Weszli. Zostali.
— Można?
— Można.
Cała rodzina. Duża. Skąd, nie pamiętam. Była z nimi ciotka, stara. Jęczała. I zaraz się położyła na to żelazne łóżko. Na tą siatkę. I już się nie ruszała. Mówiła przez nos. Niewyraźnie. Wciąż się skarżyła. Że ma przepalony cały przełyk od pożaru. W ogóle była poparzona. Te kobity, kilka ich, takie zdrowe, kobylaste, potwierdzały to, wiedziały, widziały. A jednak uciszały. I dodawały, że dodaje:
— Dodaje sobie.
Potem już, jak w nocy jęczała, to na głos do niej:
— Dodaje sobie ciotka.
— Dodaje sobie.
Byli jeszcze i inni ludzie. Po kątach pod ścianami. Bo ich naszło. Też mówili:
— Dodaje sobie.
— Dodaje sobie.
(…)
A że baby pokrzykiwały na ciotkę? To i inni też. Zresztą pokrzykiwało się nie tak bardzo znów. Ze środy na czwartek to już dosyć bardzo. I dosyć chórem. I dosyć długo. Aż przestała jęczeć. To trzeba przyznać.
(…)
Rano ruch. Nalot. Framugi. I wtedy patrzymy, co ciotka tak cicho. A ciotka nie żyje.
— No, nie żyje tyle już czasu.
– I kiedy?
Wynieśli ją. Te one, znaczy. Ta rodzina. Na podwórze. Ale że strasznie walili, to tylko tak położyli szybko, prawie rzucili u wylot schodów. Trochę z boku. Tak, że leżała. W kucki. Rozkraczona. Cały dzień, cała noc. I dalej. Bo naprawdę nie było jak i kiedy pochować. Niby.*

Po obiedzie przeczytałem połowę nowego numeru „Repliki”.
I pół pierwszego rozdziału kryminału „Aatha Raisin i śmiertelny dług”.
Na więcej zabrakło czasu.
Planowałem kontynuować lekturę wieczorem, ale ćwiczenie cierpliwości i opanowania okazało się zbyt absorbujące.

_______________________________________
* Miron Białoszewski: Pamiętnik z powstania warszawskiego. – Warszawa : Państwowy Instytut Wydawniczy, 2014. – S.118-123.

Read Full Post »

Noc w miarę spokojna, dzień też. Po szesnastej wychodzę na spacer, ale deszczowa pogoda szybko zapędza mnie z powrotem do domu. Po Teleexpressie oglądam kawałek jakiegoś Harry’ego Pottera. Później włączam radio (PR2; „Rodzina Poszepszyńskich” wyjątkowo o 19:30) i zalegam przy komputerze.

Read Full Post »

Wieczorem się rozpadało, porządnie i na długo. W przeciwieństwie do burzy, która się skończyła po kilku grzmotach i paru błyśnięciach. W każdym razie aura zniechęciła mnie do wyjścia na koncert w zamku o dwudziestej.

Read Full Post »

Older Posts »