Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Grudzień 2009

Reklamy

Read Full Post »

Niedziela

Dzień na wsi: ranek z rodzicami, doobiedzie w towarzystwie bratostwa, wczesne popołudnie z Kunegundą, która przez godzinę chwali się swoimi skarbami.
Czytam do późna w nocy.

Poniedziałek

W porze obiadu ściąga brat z rodzina – Kunegunda przyszła obejrzeć „101 dalmatyńczyków” na wideo (a może pokazać ulubiony film stryjowi?).
Wieczorem powrót do miasta. I ból głowy, który już o północy zagania mnie do łózka.

Wtorek

Mama na zakupach – buszujemy w księgarni. I w likwidowanym właśnie sklepie z tkaninami.
Po obiedzie drzemka. I wszystkiego mi się odechciewa, ale zamiast położyć się spać siedzę bezmyślnie w sieci.

Środa.

13:00 odcinek Buffy. Ciekawe dla kogo Polsat emituje ten serial o tak dziwnej porze.
Na obiad kapuśniak na żeberkach. Później zakupy. I komputer.

Read Full Post »

1877.

No i dupa.
Zamiast wyjazdu na wieś miałem spacer na przystanek i dwadzieścia minut marznięcia pod wiatą. Na koniec okazało się, że dzisiaj nie mam żadnego autobusu. O czym w PKS-ie (czy jak to tam się teraz nazywa ta spółka) nie uznali za słuszne nikogo poinformować odpowiednią adnotacją na rozkładzie jazdy, uznając widać, że w Boże Narodzenie i tak nikt nie będzie chciał nigdzie jechać.
– Smuciłam się, że jedziesz. – stwierdziła babka, witając mnie po nadspodziewanie krótkiej rozłące. – Wróciłeś – smucę się, że ci się nie udało pojechać.
Cóż – może jutro będę miał więcej szczęścia.

Read Full Post »

1876.

Wigilia.

Było skromnie (trzy potrawy) i niezbyt tłoczno (szczęśliwie Irena MB nie przyjęła babcinego zaproszenia) ale całkiem miło i przyjemnie. Podejrzewam, że babka była nawet bardziej zadowolona z tej spokojnej kolacji we dwójkę, niż gdyby jej przyszło świętować na wsi w szerszym, rodzinnym gronie.

Boże Narodzenie.

Po powrocie z pasterki netowałem jeszcze przez chwilę, więc rankiem wstałem dopiero po dziesiątej. Nie wiele później zresztą niż babka, która w nocy długo siedziała przed telewizorem.
Paskudna chlapa na dworze nie zachęcała do wyjścia z domu, dzień spędziłem więc zupełnie nieświątecznie – przed komputerem i z książką.
Jeśli jutro autobusy będą normalnie kursować być może wybiorę się do rodziców.
Chciałbym.

Read Full Post »

1875.

Do śniadania wizyty:
– w spożywczym (chleb)
– w kasie czegoś tam zarządzającego blokiem, w którym mieszkam (ADM, ZBM, KBM? – kto by tam nadążył za śledzeniem zmian nazw, skoro firma nadal ta sama; opłaty czynszowe za grudzień)
– na poczcie (reszta rachunków).
Po obiedzie praca w kuchni – pieczemy sernik.
Babka straszliwie przeżywa, że średnio się udał.
– I czym się przejmować? – uspokajam. – Przecież to tylko dla nas. Nikogo tym ciastem nie musimy częstować.
– Ale dla mamy kawałek chyba zawieziesz?
– A po co?
– Z mojej części. – argumentuje babka.
– No to może zawiozę. – zgadzam się ustępliwie.
Wieczorem jeszcze wypad do miasta i rundka po sklepach, celem znalezienia gwiazdkowych prezentów.
Masakra.
Nic nigdzie nie ma, żaden pomysł nie przychodzi do głowy.
Wracam z flaszką koniaku dla ojca i drugą dla babki (lekarstwo na spadające ciśnienie), z jakimiś groszowymi apaszkami i kryminałem Tokarczuk dla mamy.
Brat z bratową będę się musieli zadowolić wspólnym podarkiem – frytkownicą (od trzech lat stoi na szafce w kuchni – ani razu nie uruchomiony prezent od babcinej prawnuczki ze Sląska).
Nie są to podarki, z których byłbym szczególnie zadowolony, ale lepszy rydz, niż nic.

Read Full Post »

W najlepszym razie dałoby się o mnie powiedzieć, że stoję w miejscu. Nie mogę więc mieć pretensji do znajomych, którzy śmiało pędząc do przodu, coraz rzadziej pamiętają o tym, by zerknąć za siebie. Zresztą przecież wcześniej czy później i tak musi nastąpić ten nieunikniony moment, że będę za nimi tak daleko, że mimo najlepszych chęci już nie zdołają mnie dostrzec.
Nieważne.
Przygotowania do świat w pełnym toku.
Porzuciłem myśli o Wigilii przy gołym opłatku i przedpołudnie (i część wieczoru) spędziłem na zakupach, ganiając od sklepu do sklepu i cierpliwie stojąc w gigantycznych miejscami kolejkach. W rybnym, gdy zajmowałem miejsce, ogonek zawijał trzy razy, gdy odchodziłem od kasy, ludzie nie mieścili się już w środku i kolejka wypłynęła na chodnik przed sklepem.
Na środę i czwartek zostało mi już tylko pieczenie sernika i zakup prezentów. Bo na razie mam tylko książkę dla Kunegundy.
Trzeba dziecko zacząć deprawować od najmłodszych lat. Co prawda to nie oryginalna Tove Jansson, tylko naśladownictwo, ale na początek wystarczy. Zwłaszcza, że tom jest bogato ilustrowany, w sam raz dla małego analfabety.

Read Full Post »

Ze świątecznego wyjazdu na wieś raczej nic nie będzie. Sąsiedzi oszczędzają na opale, więc nocami temperatura w mieszkaniu rodziców spada do 13 stopni. W dzień dobija do 16, ale dla babki to i tak za mało. Ot, uroki życia w kołchozie ze wspólnym centralnym na sześć rodzin.
W związku z powyższym (patrz zdanie numer jeden) kupiłem choinkę.
Stoi teraz tradycyjnie przystrojona (w bombki starsze ode mnie i w watę imitującą śnieg) przy balkonowych drzwiach i robi już bożonarodzeniową atmosferę.
+
A na YouTUBE jest już króciutki klipy z migawkami z piątkowego „Rinalda”.
Christophe Dumaux nie ma urody Jaroussky’ego, ale słucha się go równie przyjemnie.

Fragment uwertury i pierwsza scena aktu I z arią „Sovra balze scoscese e pungenti”.

Read Full Post »

Older Posts »