Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Listopad 2005

Na dworze słonecznie i w miarę ciepło. Jeszcze półtora godziny do autobusu, ale nie zdziwię się, jeśli babka za chwilę zacznie mnie poganiać „Wyłącz komputer. Zaraz trzeba już wychodzić na przystanek!”. W każdym razie w tej chwili jeszcze spokojnie siedzi na wersalce i doczytuje jakiś album o papieżu.
Myślałem, że może będę musiał ją jeszcze przekonywać do tego wyjazdu na urodziny ojca, ale od rana nawet słowem nie wspomniała, że mogłaby nie jechać.

Małe domowe tragedie
niedziela 30 października 2005 r.

Grypa i trzy (czy cztery?) tygodnie chorowania, na dworze chłodno – mama ponad miesiąc nie widziała wnuczki. Dopiero wczoraj zebrała się (w jedną stronę prawie dwa kilometry spaceru) i odwiedziła brata. Gdy przyjechałem do domu była świeżo po wizycie. Nadal przejęta.
– Normalnie Kunegunda uśmiecha się do mnie – opowiadała – ale jak biorę ją na ręce, to od razu robi usta w podkówkę i zaczyna płakać. Prawdziwe łzy, jak groszki lecą jej po policzkach. A przecież ja ją lubię i nie chce zrobić krzywdy!
– Też ma sobie mama czym głowę zawracać. To tylko małe dziecko. Dawno mamy nie było, to zdążyła się odzwyczaić – uspokajałem.
Ale mama nie mogła się z tym wydarzeniem pogodzić
– Swoich poznaje, za Piotrkiem tylko wodzi oczami i się śmieje, a mnie się boi. Czy ja taka straszna jestem? Do ojca się uśmiecha – na mój widok płacze.
– Z igły robi mama widły.
– Nie rozumiesz.
Faktycznie – nie rozumiem.

+ + +

Z wczorajszej telefonicznej rozmowy:
– Przyjechała teściowa Piotrka, wzięła Kunegundę na ręce, a ta jak się nie rozpłaczę. Ledwo później uspokoili dziewczynkę.
– A mama pewnie zadowolona?
– A pewnie.

Redakcja tekstu z 2014.11.06
Przedruk z Onetu, blotka 0645. …& R063 – str. 38-39
(razem z 15 komentarzami)
Reklamy

Read Full Post »