Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Październik 2005

0638. Było w poniedziałek.

Wróciłem do Kętrzyna rano. W sam raz żeby przyjąć listonoszkę z kolejną przesyłką od Pinokia (płyty). Z początku nie wiedziałem – najpierw dziękować facetowi, czy opieprzyć, że znów daje mi i jakieś prezenty. Górę wzięło leniwe zadowolenie. Zwłaszcza, że bardzo lubię „Skrzypka na dachu”. Pamiętam swoje pierwsze słuchanie piosenek z musicalu w radiu – miałem może z 13 lat i nie wiem skąd wzięło mi się przekonanie, że Tewie jest mleczarzem w Nowym Jorku.

Po południu wyskoczyłem na cmentarz zrobić ostatnie przedświąteczne porządki. Kupiłem bordową chryzantemę i postawiłem zamiast kwitnących do tej pory (nie obmarzły mimo kilku mroźnych nocy) pelargonii.

     

Reklamy

Read Full Post »

 Weekend na wsi. STOP Wracam w poniedziałek. STOP Matylda niech raczy wybaczyć. STOP Nie wyrobiłem się i nie będzie niedzielnej blotki. STOP Na przyszłość będę miał nauczkę żeby niczego nie obiecywać. STOP Żenada. STOP

    

Read Full Post »

Nie zdając sobie z tego sprawy, zapisałam już ponad dwie kartki i wciąż nie powiedziałam NICZEGO.

(Pedro Almodóvar „Patty Diphusa”)

Tytułem wstępu.

1. Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za poglądy i opinie autorów oraz za sposób ich przedstawiania. Czytaj – Autor bloga nie poczuwa się do odpowiedzialności za poglądy, opinie i zachowanie osób opisywanych na blogu.

2. Nie zamierzam napisać kiedykolwiek wzorem Enlila: „Sens tego bloga jest coraz bardziej bezsensu. Zdanie poprzednie z gramatycznego i stylistycznego punktu widzenia jest co najmniej wątpliwej wartości – ale dokładnie oddaje to co czuje na temat moich zapisków netowych. Po prostu za dużo ludzi, które znam czytuje mojego bloga. I sprowadza się to do tego, że nie mogę już wyrażać szczerze tego co myślę.” 

3. Miałem już kiedyś problemy z Jacorkiem, którego uraził mój niewinny tekst. Stąd to początkowe przynudzanie. Nawet chciałem skonsultować przed publikacją blotkę z Sojuzem, ale uciekł mi z GG zanim się zebrałem na odezwanie.

Piątek.

Przy śniadaniu pochwaliłem się babce czerwonym kubkiem (reklamowy „Metra”) od Pinokia.

    – Bardzo ładny. – uznała starsza pani. – Będziesz w nim pił? Nie zapuści się?

    – Od kawy nie powinien. To od herbaty robią się takie żółte.

    – Może dostałeś od tego chłopca, któremu zawiozłeś fikusa? – zainteresowała się babcia.

    – Nie. Od tego, u którego nocowałem.

    – A ten od fikusa chociaż podziękował?

    – Ależ babciu! – żachnąłem się. – Przecież mówiłem, że tak. I że fikus bardzo mu się podobał.

Refleksja (obserwacja) natury ogólnej – kobiety lubią prezenty. Wszystkie kobiety. Niezależnie od wieku.

Przy szatkowaniu kapusty (mówiłem mamie – 15 kilo i więcej nam nie potrzeba. Ale gdzie tam! Ojciec przywiózł z 50 kilogramów! – ledwo zatargałem worek z piwnicy na drugie piętro. I kto to teraz zje?) powróciłem do tematu (nie ukrywam, że pomyślałem już wtedy o ewentualnej blotce).

    – To uważa babcia, że powinienem coś dostać za fikusa?

    – No tak. Jakiś drobny upominek. Ty jemu kwiatek…

    – Przecież zaprosił mnie na śniadanie.

    

Read Full Post »

0635. R063 – str. 35

2005.10.26 środa (jeszcze w Warszawie).

Nastawiony na komórce budzik odezwał się o 6:45. Zdążyłem obudzić się sam kilka chwil wcześniej, więc nie miałem problemów z wstawaniem. Kawa. Kawałek placka ze śliwkami zamiast śniadania (przed 10 nic innego by mnie nie skusiło do jedzenia).

    – Jeśli zdążę się ogolić odprowadzę cię na dworzec – zaoferował Pinokio.

    – Nie trzeba. Nie musisz sobie zawracać głowy. – pro forma odrzuciłem propozycje (w domyśle – „Ale byłoby miło.”)

    – To żaden problem. Później od razu pojadę do pracy.

    – Będą zaskoczeni, że pojawiasz się tak wcześnie.

Na dworze było dość ciepło (jak na porę roku nawet bardziej niż dość). Torba podróżna wypchana na maksa (zastanawiałem się, czy wytrzymają zamki) ciążyła na ramieniu („Marynarka pewnie będzie wyglądała jak wyciągnięta psu z gardła.”). W ręku niosłem reklamówkę z płytami i podręcznym bagażem.

    – Wyjeżdżam obładowany mniej objętościowo – bo jednak ten pakunek z fikusem był spory – niż w czwartek, ale wagowo…

    – Nie trzeba było kupować tylu książek. – zauważył Pinokio

    – Wydruk chyba są cięższe. – zaoponowałem.

    – Przykro mi z tego powodu. – Pinokio rzucił kpiąco.

Metro Centrum. Krótka chwila w wagoniku i wysiedliśmy na Dworcu Gdańskim. Do odjazdu autobus (8:16) miałem jeszcze ponad 20 minut. Wszystko co było do powiedzenia zostało już powiedziane wcześniej. Zresztą obecność tych kilku osób na przystanku…

    

Read Full Post »

0634. Czwartek w domu.

Ruszam się jak mucha w smole. Śniadanie, odkurzanie w pokoju… i już minęła 12:30. Na dodatek od rana do babki walą znajomi. Jeszcze nie zdążyłem się ubrać – stuka sąsiad z dołu. Z pytaniem, czy nie założę mu nowego dzwonka do drzwi! Babka rozpowiedziała, że wnuczek potrafi, bo skoro majster u nas w czasie remontu zakładał dzwonek, to pewnie się wszystkiemu dobrze przyjrzałem i nauczyłem jak to zrobić. Musiałem człowieka brutalnie sprowadzić na ziemię. Od biedy u siebie mógłbym podjąć się podobnej roboty, ale nie zamierzam eksperymentów z prądem przeprowadzać w mieszkaniu sąsiadów.

    

Read Full Post »

0633. Wróciłem.

Babka była konkretna. Po kilku wstępnych pytaniach o pobyt w stolicy (starsza pani wyrobiła sobie chyba mniemanie, że spędziłem tych kilka dni siedząc głównie przy komputerze Pinokia) padło to zasadnicze:
    – Przywiozłeś coś dla mnie?
A tu kicha! Wnuczek nie kupił żadnego suweniru. Zastanawiałem się będąc na Koszykowej nad kilkoma książkami dla babki, ale na tym zastanawianiu się skończyło. Oscypka (u Sojuza stwierdziłem, że to nawet da się zjeść ze smakiem*, a babka kiedyś mówiła, ze chętnie by spróbowała taki owczy serek) też nie poszukałem. Zresztą oscypek bardziej by pasowało przywieźć z Zakopanego, a nie ze stolicy. Jednym słowem nie popisałem się.

+ + +

    – Myślałam, że może zachorowałeś i nie chcesz się przyznać. I dlatego to „Jeszcze jeden dzień, jeszcze jeden…” I akurat jak pojechałeś jakiś wypadek był w Warszawie… I śmiałam się z twojego bagażu, ale ten co podkładał bomby działał już z rana i był w jasnych spodniach i w jakiejś bluzie z kapturem…


_____
* Jako dzieciak (na koloniach w Nowej Hucie to było, miałem może z 10 lat) kupiłem w okolicach krakowskiego rynku oscypka (z ciekawości, bo nie wiedziałem co to takiego, a ładnie wyglądał) od ulicznej handlarki. I wyrzuciłem serek po pierwszym gryzie.

    

Read Full Post »

0632. Nadal w stolicy.

Pinokio w pracy. Zjadłem śniadanie i teraz najmniej do 16 mam czas tylko dla siebie.

Nie umówiłem się z nikim na żadne spotkanie …

+ + +

Miałem wracać już dziś do domu, ale… Zadzwoniłem w poniedziałek po południu do babki, że najwcześniej może się mnie spodziewać w środę.

    – Dopiero? Jak tak można!? – starsza pani nie była zachwycona – Tyle dni siedzieć komuś na głowie! 

    – Gospodarz nic nie mówi, więc chyba mu nie przeszkadzam.

    – Nie mówi, ale nie wiadomo, co myśli. Mamie też się nie podobało, że się komuś tak narzucasz, że tyle dni jesteś w Warszawie.

    – Oj babciu…. 

„No to mnie czeka po powrocie ostre tłumaczenie.” Przemknęło mi przez głowę.

    – Ojciec kapustę rano przywiózł, trzeba już kisić. 

    – Poleży kilka dni. Przyjadę to od razu poszatkuję. 

+ + +

… więc posiedzę spokojnie w Traffic Club na Brackiej (róg Chmielnej) w dziale z komiksami czy fantastyką (spróbuję nic już nie kupować) i poczytam trochę. Albo posłucham muzyki. Jeszcze nie zdecydowałem do końca.

    

Read Full Post »

Older Posts »