Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Kwiecień 2004

0057. H jak Hebius.

Wszędzie – nawet na zaprzyjaźnionych blogach – ludzie emocjonują się ostatnim dniem przed uniowstąpieniem. A mnie jakoś ten fakt w najmniejszym stopniu nie rusza. Będziemy, no i wielkie mi cudo. Paru polityków zgarnie dzięki temu większą kasę, coś tam może… Racja, miałem przecież olać ten temat, tak jak olewam resztę polityczno-gospodarczych spraw. Nie oszukujmy się – Hebiusek jest niepoważnym facetem, nieambitnym, nie…. Tu sobie można wstawić jakiś przymiotnik (jakikolwiek) z partykułą nie – na pewno będzie pasował do określenia mojej skromnej osoby. Dlatego też, gdy inni zastanawiają się nad wpływem wejścia Polski do Unii Europejskiej na przyszłe losy Polaków ja powrócę do zupełnie błahego zagadnienia mojego nicka.

Decydując się w styczniu na stałe łącze (przez kablówkę) nie miałem pojęcia, do czego mnie to ostatecznie doprowadzi. Do tej pory moje korzystanie z Internetu było ograniczone do kilku godzin w miesiącu (3 lub 4 zł/h). Siadał człowiek przy komputerze w bibliotece albo na Mazurskiej (jeśli decydowałem się na stanowisko w Telekomunikacji mogłem odwiedzić też bardziej „niegrzeczne” strony) zaopatrzony w komplet dyskietek i leciał szybko po adresach według ustalonej wcześniej listy zapisując, zapisując, zapisując… Czytanie i oglądanie było dopiero w domu. Do całej korespondencji starczał jeden adres na Wirtualnej Polsce. „Ale teraz będzie fajnie – myślałem sobie w styczniu, czytając ulotkę z promocyjną ofertą Multimediów. – Wreszcie spokojnie przeczytam sobie kolejne numery Magazynu ESENCJA, na Andrzej Sapkowski ZONE dokładniej się rozejrzę, z komiksowymi nowościami będę na bieżąco. ” Nie oszukujmy się, o odwiedzinach na stronach z fotkami gołych facetów też od razu sobie pomyślałem. „W spokoju… wieczorkiem… Na pewno znajdę wiele ciekawych zdjęć”. Takie były założenia. Życie szybko zweryfikowało te plany. Ale to na ewentualny (jeśli nie zapomnę i będzie mi się chciało) następny temat. Tu tylko o moim nicku. Bardzo szybko się okazało – odkryłem – że bez nicka w necie ani rusz. Prawie wszędzie, a już na branżowych gejowskich stronach to chyba obowiązkowo, wymagają jakichś rejestracji, logowania. Potrzebowałem jakiegoś ładnie brzmiącego w moich uszach słowa. Po krótkim zastanowieniu padło na imię jednego z bohaterów francuskiego cyklu „Lanfeust z Troy”. „Będzie dodatkowy plus. – uznałem mało rozsądnie – Wtajemniczeni w twórczość Arlestona od razu poznają, że mają do czynienia z fanem komiksu. A określone niepoważne zainteresowania – w połączeniu z moim wiekiem – mówią już sporo o mojej osobowości.”

O ośmioczęściowym (po południu kupiłem ostatni album – jutro będę się delektował rysunkiem, tekstem, humorem autorów i tłumaczki, ostatnimi przygodami Lanfeusta i jego kompanii) komiksowym cyklu „Lanfeust z Troy” nie będę się tu rozpisywał, bo – podejrzewam – nie zainteresowałoby to moich czytelników (zresztą głowa mnie boli i chciałbym już skończyć wreszcie ten tekst). Kto chce może zajrzeć na strony WRAKA czy innego serwisu komiksowego. Powiem tylko, że jest to pełna humoru (miejscami ciut perwersyjnego) fantasy o ciekawym, nierealistycznym rysunku. Miejscem akcji jest dziwny i tajemniczy świat Troy, świat, którego mieszkańcy posiadają jakiś magiczny dar, każdy tylko jeden, każdy inny (Troy przypomina w tym trochę Xanth Piersa Anthony’ego). Oprócz ludzi Troy zamieszkują też Trolle, stwory nie gardzące (czy też raczej – wręcz przepadające) rosołem z dorodnej wieśniaczki czy kupcem z rusztu. Hebius to właśnie taki bezlitosny i krwiożerczy Trolli, który dzięki czarom z dzikiej bestii zamienił się w radosnego i przyjaznego towarzysza wyprawy tytułowego bohatera.

Wracając do tematu – Hebius to mój jeden, stały nick. Z lenistwa i dlatego, że ja w sieci jestem jeden, wszędzie ten sam i taki sam. Oczywiście nie myślę tu o czatach, na które zresztą przestałem zaglądać. W każdym razie tam, dla zachowania całkowitej anonimowości, za każdym razem wchodziłem pod innym zawołaniem.

+

Nie wiem, co jest grane, ale moje obie przeglądarki, IE i Opera, dały mi całkowitego bana na dostęp do blogu Madiego. Interesująca sprawa i tajemnicza, bo wiem, że u innych strona otwiera się bez najmniejszego problemu. Tymczasem ja w Internet Explorerze mogę podziwiać jednolicie czarne okno, w Operze jednolicie białe.

.

Reklamy

Read Full Post »

Po kąpieli stanąłem na wagę. Ładnie! Dobijam do 93 kilo (przy 182 cm wzrostu)! Przybyło od ostatniego ważenia kilogram. To chyba ta dieta odchudzająca – a przede wszystkim wiedeński sernik na urodziny – zadziałała. A na jutro… Nie, to na dziś już zaplanowaliśmy z babką pyzy z mięsem, czyli obiadu w żadnym wypadku sobie nie odmówię. Więc waga na pewno nie zacznie spadać (dobrze, jeśli podnosić się nadal nie będzie!). No bieda, jak człowiek zjeść lubi dobrze i dużo, a prowadzi siedzący (przy komputerze większość czasu) tryb życia. Jak tu się odchudzić – szybko, skutecznie i bez żadnego wysiłku? Retorycznie pytam (gdyby przyszło komuś do głowy odpowiadać w komentarzach).

+

A tytułowa książka rozczarowała mnie. Przeczytałem ją przed laty z obowiązku niejako (drugą część też), bo na topie była, a skoro już trafiła do domowego księgozbioru – mama uległa reklamie – nie wypadało zrezygnować z poznania takiego dzieła. W czasie lektury zastanawiałem się nieustannie, dlaczego powieść zdobyła taką popularność? Miała być inteligentna, zabawna, dowcipna! Dziękuję – zdecydowanie wolę humor Sue Townsend i jej dzienników Adriana Mole’a. Czy trzeba urodzić się kobietą, żeby docenić wszystkie walory powieści Helen Fielding? Ale moja matula też nie znalazła w powieści nic nadzwyczajnego. Hm… Widocznie trzeba być na dokładkę kobietą określonego typu – może trzydziesto kilkuletnią czytelniczką kobiecej prasy?

A ekranizacja powieliła wszelkie wady literackiego pierwowzoru – dla mnie była to mało zabawną (wręcz w ogóle nie zabawna) komedią.

.

Read Full Post »

Babka już od samego rana krząta się na tym swoim spłachetku ziemi za blokiem, krzywiąc się lekko, że wnuk-leniuszek nie kwapi się z pomocą, nie goni pielić grządki z pigwami. A ja zwyczajnie wychodzę z założenia, że ogródek jest zbyt mały, żeby pracy starczyło w nim dla dwóch osób i skoro babka ma czerpać z niego przyjemność (o korzyściach nie ma żadnej mowy. Pomijając korzyść z ruchu na świeżym powietrzu) to niech sama zajmuje się wszystkim, co nie za ciężkie dla osiemdziesięcioletniej kobiety. Zresztą znowu zwlokłem się z łóżka po dziesiątej. Pół godziny potrzebowałem na doprowadzenie się do stanu używalności. Więc gdzie mi do porannego grzebania w ziemi? Przed jedenastą wyskoczyłem po chleb i po jabłka. Sprzedawczyni w kiosku zwróciła mi u wagę, że ma już pierwszy tom „Autobiografii” Agathy Christie (kolejny numer w serii wydawnictwa HACHETTE)

    – Jest już pana książka.

    – Dziękuję, ale już mam. To powtórka. „Autobiografia” była na samym początku, przy pierwszych promocyjnych numerach.

    – Nie wiedziałam.

A ja nie wiedziałem, że jestem rozpoznawany w tym kiosku, że zostałem zapamiętany jako stały klient. Fakt, od ponad roku, co dwa tygodnie kupowałem tu kolejne tomy kryminałów A. Christie, ale nie spodziewałem się, że tyle wystarcza. Szczegół. Ale jak już jestem przy twórczości Lady Christie – wiem, że to chore, ale mam dwa, prawie pełne komplety wszystkich jej powieści i zbiorów opowiadań. U rodziców rzeczy wydane w różnych wydawnictwach na przestrzeni ostatnich 50 lat, a u babki w edycji HACHETTE (twarda oprawa i jednolita szata graficzna).

    BTW

(i proszę sobie darować ewentualne komentarze do poniższych wynurzeń)

Zdecydowanie nie powinienem zaglądać do cudzych blogów, jeśli zamierzam nadal prowadzić swój. Takie wizyty działają na mnie strasznie przygnębiająco. Prawie zawsze, po krótszej czy dłuższej lekturze, dochodzę do wniosku, że moim tekstom strasznie daleko do wysokiego poziomu twórczości innych autorów. Niezmiennie roi mi się po głowie „Cholera, z czym ja do ludzi startuję!? Ależ jestem żałosny.”

Jeszcze jedno – wyjaśniając, doprecyzowując – blogi netowych znajomych i osób, które wpadają do mnie od czasu do czasu (zostawiając ślad w postaci komentarza) automatycznie przestają być „cudzymi”. Bo ja się szybko oswajam i czuję w pełni swobodne w obcym – zdawałoby się – miejscu. Hmm… Tak mi się teraz przypomniał niedawny tekst Palnika o nieznajomym facecie, którego zechciał przenocować. No przykra sprawa, ale też bym chyba nie widział nic niestosownego w grzebaniu w cudzej lodówce w poszukiwaniu owoców, ewentualnie we własnoręcznym zaparzeniu sobie herbaty. Jeśli słyszę od kogoś „czuj się u mnie jak we własnym domu” to ja się tak czuję (albo przynajmniej się staram). Ale to już nie na temat.


Read Full Post »

I napisz tu teraz (a noc głucha i ciemna) człowieku coś z sensem, pogodnie (tak w sumie to jestem teraz w dość pogodnym – wino jeszcze działa? – nastroju), nie zionąc ogniem, nie tryskając jadem, żeby mi się czytelnicy do reszty nie zniechęcili…

Cóż… W miniony poniedziałek świętowałem w rodzinnym gronie swoje urodziny (to tyle w kwestii objaśnień do poprzedniej notki). Z samego rana był telefon z życzeniami od ojca. O 9.05! O tak wczesnej godzinie, no kto to słyszał?! Normalnie to ja bym jeszcze kisł w betach, w poniedziałek wyjątkowo wstałem wcześniej, żeby ostatnie zakupy w monopolowym zrobić. Zaraz po starym dopadła mnie babka:

– Dużo zdrowia i pracy. – powiedziała wręczając mi bombonierkę („wkładka” była kilka dni wcześniej, przy wizycie listonoszki z kasą)

– To babci raczej trzeba życzyć dużo zdrowia. – zauważyłem… no powiedzmy, że rozsądnie (czy też raczej cynicznie, bo w domyśle, niewypowiedziane, było – „żebym mógł jak najdłużej przejadać babciną emeryturę.”)

Z Internetowych znajomych, kto chciał miał okazję skontaktować się ze mną dopiero po południu. Włączyłem komputer około 16, po odstawieniu mamy na przystanek. Fakt, że 26 kwietnia to dzień moich urodzin nie powinien był raczej stanowić dla nikogo tajemnicy – w pierwszym poście sławetnego tematu „Czy Hebius powinien stąd odejść?” wyraźnie napisałem, że wynik ankiety będzie moim prezentem urodzinowym. Ale tak szczerze powiedziawszy nie spodziewałem się, że ktoś zwróci na to uwagę. Nie oczekiwałem od nikogo życzeń. Dlatego… Nie, przepraszam, było mi lekko przykro, że Robertus się nie odezwał. I się zastanawiałem trochę po kiego czorta facet pytał nie dawno o datę moich urodzin i imienin. Chciał być oryginalny i zamiast o pogodę wyskoczył z tymi pytaniami? Szczegół, bo o cóż tu mieć żal? I do kogo właściwie? Do siebie chyba, że się naiwne coś tam… Racja, miało być bez jadu. Na GG mignęło mi kilka żółtych słoneczek, ale zagadał tylko Burrito. Była chwila rozmowy, a wieczorem dodatkowo urodzinowy (to nic, że nieświadomie) prezent, bo znalazłem w skrzynce mp3 od chłopaka. Dziękuję. Wiem, że miałem nie wspominać o Tobie na blogu, ale to wyjątkowa okazja.

BTW

Widzisz Leno jak nie wiele brakowało, żeby trafić do tej notki zamiast pana B. Wystarczyło nie uciekać z netu (tak to wyglądało) na mój widok, wystarczyło o pogodę w Kętrzynie zapytać. Wystarczyło chcieć. Nie zrozum mnie źle. Nie mam do Ciebie żalu. Bo i niby z jakiej racji? Przecież nie wszyscy muszą mnie lubić, nie wszyscy muszą chcieć ze mną rozmawiać.

Read Full Post »

Dni przeciekają godzina za godziną niczym woda przez palce (porażająco trywialne – w znaczeniu płaskie, tanie, pospolite – ale nie wymyślę nic oryginalniejszego). Z każdym dniem bliżej grobu. A pomiędzy obecną chwilą a ostatecznością tylko czekanie. Czekanie na śmierć najbliższych i na własną. Miłość? Nie wierzę w miłość. To znaczy wiem, że innych może spotkać. Nie neguję możliwości. Nie wierzę już, nie spodziewam się, nie oczekuję, że przydarzy się mnie.

Tym optymistycznym akcentem rozpoczynam kolejny kwietniowy dzionek. Tym optymistycznym akcentem rozpoczynam kolejny… Ha! Ha! Ha! Myślicie sobie – znowu dołek, depresja dopadła Hebiuska. A tu nic z tych rzeczy. W sumie to nawet trochę dziwne, że tak pogodnie pisze mi się takie popierniczone teksty. Czyżby wytłumaczeniem był fakt… Ale o tym w następnej odsłonie.


Read Full Post »

Wypowiedziawszy się w tym temacie na FORUM zacząłem się głębiej zastanawiać nad sprawą. Tak jak wszystko w życiu, tak i w tym przypadku wszystko podlega nieustannej zmianie. Pamiętam jeszcze te czasy, gdy człowiek z niecierpliwością czekał na koniec tygodnia, na weekend wolny od szkoły, na powrót z internatu do domu. W odległych latach ogólniaka moim ulubionym dniem była sobota – już po piątkowym koszmarze szkoły a jeszcze przed niedzielnym smutkiem wyjazdu z domu. Szkoła policealna – pełen luz przez cały tydzień. Wojsko – sobota i niedziela, bo człowiek mógł odpocząć trochę od kadry, wyskoczyć na przepustkę. Później…. Gdy pracowałem i mieszkałem jeszcze z rodzicami miałem przeważnie wolne tylko niedzielę. Po przeprowadzce do babki miałem już wolne 365 dni w roku i rytm moich ulubionych dni tygodnia zaczęła określać ramówka telewizyjna – z niecierpliwością czekałem na dzień emisji ulubionego serialu. Obecnie mam więc czwartek z „Sześcioma stopami pod ziemią”. I dołujące weekendy. To od założenia stałego internetowego łącza i nawiązania kilku netowych znajomości. W sobotę i w niedzielę wszyscy bawią się, spotykają ze swoimi połówkami. Ja co najwyżej mogę posiedzieć samotnie przy komputerze, pooglądać czerwone słoneczka na GG i – walcząc z ogarniającym przygnębieniem – napisać coś na blogu czy na FORUM.

A tak w ogóle dzień – rozpatrując w ciut innych kategoriach – to nie jest moja ulubiona pora. Lubię godziny po zmierzchu, wieczór i noc. Ale o tym zdążyłem już chyba wspomnieć wcześniej w innej notatce.


Read Full Post »

Czy jeśli ktoś zamieścił adres mojego bloga na swojej stronie oczekuje, że zrewanżuję się tym samym?
Czy blogowicze komentujący moje teksty liczą, że również odwiedzę ich blogi i nie poskąpię komentarzy?
Czy tworzymy sobie powoli takie niewielkie Towarzystwo Wzajemnej Adoracji?
Czy znajomi czytają nasze blogi z obowiązku? A może tylko udają, że czytają?
Wszystko w imię fałszywie pojętej grzeczności? A może to całkowita obłuda?
Cholera! Przecież nie wszyscy muszą nas lubić.

A wracając do kupionej w Biedronce konserwy.
Nocował u mnie ojciec i rano zaserwowałem mu na śniadanie kanapki z tą trefną turystyczną.
Dodałem chrzanu dla poprawienia walorów smakowych. Stary zjadł, chyba nawet z apetytem.
Wiem, podły jestem, ale nie lubię marnować jedzenia.

Redakcja tekstu z 2015.08.27
Przedruk z Onetu, blotka 0051. Pytania, pytania…
(razem z 11. komentarzami)

Read Full Post »

Older Posts »